Thursday, May 14, 2020

O Polonii w Japonii

Wczoraj dostalam linka do bardzo interesujacego tematu, jakim jest Polonia w Japonii.
Z Polonia nie mam duzego kontaktu. Nie mieszkam w Tokio, Polska malo sie interesuje, dzieci nie mam, wiec jezyk uzywam tylko do wlasnych potrzeb (jak, np. ten blog). Na co dzien operuje po angielsku i japonsku. A dla zabawy ucze sie hiszpanskiego.

Tradycji nie utrzymuje, bo po co? Zyc bez bigosu i golabkow tez potrafie. Moi znajomi to grono wielo-kulturowe, ale glownie japonskie. Nigdy parcia na znajomosci z Polakami nie mialam. Jak sie trafi, to super. A jak nie, to nie widze problemu. Zycie toczy sie dalej.

Byc moze to wlasnie z powodu tego dystansu, caly temat Polonii jest dla mnie tak bardzo fascynujacy. Ciesze sie, ze sa ludzie, ktorzy podchodza do polskosci na powaznie. Bo mnie by sie nie chcialo. Patrze na dzialalnosc polonijna jak przybysz z innej galaktyki. Z ciekawoscia. Ale na tym sie konczy, bo mam inne, bardziej porywajace, zainteresowania.

Dlatego na publikacje profesor Ewy Palasz-Rutkowskiej w Roczniku Orientalistycznym (na marginesie, co za ohydna nazwa!) spojrzalam wlasnie tak. Z ciekawoscia. Cieszylo mnie to, ze ktos zabral sie za temat japonskiej Polonii na powaznie.

Tutaj link - Polish Diaspora in Japan.

Radosc byla niestety krotkotrwala. Praca ta najwyrazniej byla tlumaczona z polskiego na angielski przez osobe, ktora jak widac, totalnie nie stanela na wysokosci zadania. Nie da sie tego czytac. Ilosc bledow po prostu przeraza. Polska skladnia zdan zywcem przelozona na angielski. Byki gramatyczne, stylistyczne, interpunkcyjne, ktorych nie powinien popelniac zaden srednio-rozgarniety student anglistyki dorabiajacy sobie na boku jako tlumacz.

Zenujace jest to, ze niby tak wysoko postawiona publikcja jak Rocznik Orientalistyczny, przyjmuje prace o tak niskim poziomie jezykowym. Co robi redakcja Rocznika? Czy nikt tego nie czyta? Czy nie maja tam choc jednego native speakera do korekty jezykowej manuskryptow?

Smutne jest to, ze osoba o tak wysokim dorobku naukowym jak profesor Palasz-Rutkowska, moze byc oceniana przez potencjalnych czytelnikow przez pryzmat kulawej angielszczyzny. Bardzo niefajnie. Szczegolnie, jak to powiedziala znajoma tlumaczka, "mam nadzieje, ze pani profesor radzi sobie z japonskim lepiej niz z angielskim."

O poziomie tlumaczen juz kiedys tu na blogu wspominalam. Nie byly to tlumaczenia prac naukowych, wiec latwo bylo sie z nich smiac. Teraz nie jest mi do smiechu. Po prostu mi smutno. Przykro mi, ze nawet w kregach naukowych profesjonalizm w Polsce lezy i kwiczy. Ze nikomu to nie przeszkadza. Ze byle blogerka lajfstajlowa posluguje sie lepsza angielszczyzna niz osoba ktora tlumaczyla tekst prof. Palasz-Rutkowskiej.

I to tyle na dzis.

Wrzucam zdjecia z porannego spaceru.


Takie male bajorko niedaleko.


Po poludniu duzo ludzi tam spaceruje, ale rano jest pusto.


Jest tez sciezka nad rzeka.


Ta miniaturowa, nielegalna dzialka bardzo mnie rozbawila.


I jedyne sluszne chusteczki higieniczne. Oczywiscie zawsze kupuje te "Miaou".

Milego dnia!



11 comments:

  1. Piękna ta okolica. Trochę zazdroszczę, bo właśnie takich widoków mi brakuje po przeprowadzce z Shikoku.
    Do Polonii, polskich tradycji, itp. mam taki sam stosunek jak Ty. Zaraz zajrzę do artykułu. Nie wiem czy zauważę te wszystkie błędy, bo aż tak dobrze nie znam angielskiego. Co do znajomości japońskiego przez panią profesor Rutkowską to mogę zapewnić, że zna bardzo dobrze. Na marginesie, była moją wykładowczynią, kiedy studiowałam na japonistyce.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Sama sie dziwie jak wytrzymujesz w Tokio po pobycie na Shikoku! Szacun, jak to mlodzi mowia.

      O! No widzisz! Jaki ten swiat jest maly :-)

      Ale wiesz co, tak przy okazji, to mam taka historie. Bylam w Polsce w 2018 roku i mialam okazje byc zaproszona na wyklad (prelekcje? prezentacje?) bardzo utytulowanego profesorstwa anglistyki na bardzo prestizowym polskim uniwersytetcie. I podczas tej prezentacji profesorstwo bardzo autorytatywnie stwierdzilo, ze pewna dosyc specyficzna konstrukcja jezykowa nie jest uzywana w USA, jedynie w UK. Amerykanie sluchajacy tego wykladu wywrocili oczami, bo owa konstrukcja nie tylko jest uzywana w USA, jest tam bardzo powszechna. Szczegolnie w stanach Midwest.
      Wiec mozna jezyk znac bardzo dobrze, ale i tak nonsensy wykladac. ;-)

      Delete
  2. Co do pani profesor - rzeczywiście szkoda i smutno. Szczególnie że wielu ludzi jednostkowe doświadczenia rozciąga na całe społeczeństwo, znowu fama pójdzie, że w tej dzikiej Polsce angielskiego nie znajo!!1 (że tak sobie pozwolę sparafrazować cytat)

    Spacer fajny, strzał prosto w serce - kiedy widzę takie zdjęcia, to ależ mi tęskno, żeby móc podróżować... a u Was jeszcze nigdy nie byłam. (W ogóle to wpadłam ostatnio na lotnisko, bo odbierałam z tamtejszej cukierni tort na Dzień Mamy i reklamy szwajcarskiego przewoźnika czarterowego, który lata tylko w piękne i egzotyczne, też mnie tak prosto w serce dziabnęły. Powinni je, cholera, wyłączyć na czas epidemii! reklamy, znaczy się, nie moje serce)

    Co do polskości - nasze tradycje bardzo lubię i pielęgnuję (głównie święta, bo np. odkąd rodzice są tu, Dzień Matki i Dzień Ojca obchodzimy w szwajcarskie dni, nie polskie). Z Polonią jako taką natomiast kontaktu nie mam; nie czuję takiej potrzeby. Jeśli chodzi o przyjaciół i znajomych, mam podejście podobne do Twojego: jeśli trafi się Polka/Polak to ok, a jeśli nie - to też dobrze. Jakoś tak wyszło, że wśród osób, z którymi utrzymuję tu w Szwajcarii regularny kontakt, jest tylko jeden Polak (acz dość mocno zeszwajcarzony, przyjechał tu jako nastolatek). Bardzo lubię natomiast obserwować na Insta i czytać blogi Polek/Polaków na emigracji. Fascynująca skarbnica wiedzy o innych krajach, dodatkowo przefiltrowana przez polską perspektywę kulturową, czyli taką, w jakiej i ja wyrosłam... a dodatkowo ludzie piszą też o różnych drobiazgach, tak jak Ty wrzucasz np. zdjęcia limitowanych edycji słodyczy - a to są kwestie tzw. codzienne, których się w żadnej książce nt. nie uświadczy.

    PS Właśnie zauważyłam, że dodałaś mojego bloga do regularnie czytanych - bardzo mi miło, dziękuję! <3

    ReplyDelete
    Replies
    1. Oh, z tymi reklamami masz zupelna racje. Mnie reklamy JALu wyskakuja za kazdym razem jak dlubie w necie i az mnie sciska. Nie moge sie doczekac, zeby gdzies poleciec... Wczoraj zniesli stan wyjatkowy, wiec moze juz wkrotce?

      Z Insta i blogami mamy tak samo. Ja ostatnio ma faze na blogi z Dubaju :-) I ogolnie z Polwyspu Arabskiego.

      Delete
  3. Te chusteczki są świetne. Ja aktualnie mam fazę na Frozen, więc wszystkie chusteczki są oczywiście z ich grafiką.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Ja kiedys mialam faze na Lilo & Stitch, wiec totalnie rozumiem!!! :-)

      Delete
  4. Diaspory polskiej u mnie nie ma. Znamy jednak Polkę, która jest żoną Ekwadorczyka. Ha..nawet dwie. Jakoś jednak nie ta sama częstotliwość. Szczególnie ta młodsza. W Stanach z Polonia różnie bywało. Mam raczej dobre wspomnienia. Wciąż należę do jednej z organizacji polonijnych w New Jersey. Tutaj żyjemy z dala od świata. Nie specjalnie tęsknimy za towarzystwem.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Jest przeciez internet, wiec towarzystwo mozna miec na wyciagniecie reki. Teraz to chyba nie ma "z dala od swiata".
      Ja mialam kolezanke (Polke) ktora mieszkala w Quito przez kilka dobrych lat, jeszcze w latach 90-tych. Historia jest ciekawa, bo mieszkalysmy w Berlinie i uczylysmy sie hiszpanskiego. I tak nam odbilo, zeby pojechac do Ameryki Pd. Wiec kupilysmy bilety do Kolumbii, ale tak w ostatniej chwili mialam cykora, i w drodze na lotnisko zmienilam zdanie. I ona poleciala sama. Z Kolumbii przeniosla sie do Ekwadoru, tam poznala swojego meza z Belgii, urodzila dziecko. Potem wrocili do Europy. I wyemigrowali na moje stare smieci do RPA. W RPA Polonia dzialala bardzo preznie z tego co pamietam, ale nawet wtedy nie obracalam sie w ich gronie.
      New Jersey? Gdzie dokladnie? Melduje sie Teaneck!!!

      Delete
    2. Prawie przez cały pobyt w USA mieszkaliśmy w Roxbury. Mniej więcej trzydzieści mil od Pensywalnii. Osiemdzisiatką do Manhattanu mieliśmy niecałą godzinę.
      Widzę, że mieszkałaś w paru miejscach na świecie. Mój syn jeden semestr studiów spędził w RPA a jede w Nowej Zelandii. Chyba jesteśmy nomadami. 😂😂😂Ekwador przemówił do nas kosztami utrzymania. No i niby równik, tylko, że w Andach rownik nie wiele pomaga.

      Delete
  5. U mnie z Polonią różnie bywało - były i takie czasy, że po polsku rozmawiałam tylko z mamą i przyjaciółką na fejsie. A teraz akurat tak się złożyło, że jest bardzo miłe polski grono w moim Kunmingu - spotykamy się dość często, można pogawędzić, a jeszcze mam polskie ciocie i polskich wujków dla mojego Tajfuniątka!

    ReplyDelete
    Replies
    1. Swietnie!!!
      Jakbym miala dzieci, to pewnie tez patrzylabym na to inaczej. A tak to jest jak jest.

      Delete

Komentarze sa moderowane.
Bardzo prosze o podpisywanie komentarzy.
Anonimowe beda usuwane. Bez wyjatkow.