Sunday, May 24, 2020

Nie powinnam narzekac

Tak jak w tytule.

Wczoraj siedzielismy przy obiedzie i ponarzekalismy sobie. Bo mamy za duzo pracy. Ja sie ledwo wyrabiam. Od poniedzialku do piatku na moim dlugodystansowym kontrakcie. A w weekendy w pracy wlasnej. Wiec pracuje na dwa fronty. Chlop podobnie. Poniewaz oboje prowadzimy wlasne "firmy", nie ma dla nas wolnego. Jak praca jest, to trzeba pracowac.

Ale potem przypomnialo mi sie jak podczas jazdy do domu, ile widzialam malych rodzinnych biznesow ktore zbankrutowaly w tym roku. I wstyd mi sie zrobilo, ze ja narzekam, ze nie mam wolnego. Powinnam sie cieszyc, ze nie jestem bezrobotna. Bo taki los, niestety, spotkal bardzo wielu cudzoziemcow w Japonii w tej chwili. Wiec obiecalismy sobie z chlopem, ze nie bedziemy narzekac.

Odnosnie pracy, to od zeszlej srody jedziemy juz normalnie. Stan wyjatkowy u nas w prefekturze sie skonczyl i stan wyjatkowy u nas w biurze tez sie skonczyl. Oczywiscie musimy nosic maski przez caly czas. I dezynfekowac rece alkoholem przy wejsciu do budynku. I mierzyc temperature przy wejsciu do firmy, po czym zapisac wynik mierzenia w specjalnym druczku zdrowia. Wlasnym dlugopisem. Bo czasy dzielenia sie przyborami do pisania u nas minely. Albo przynosi sie wlasne, albo biegnie sie kurcgalopkiem do najblizszego sklepiku kupic dlugopis.

A tak oto kocinka pilnie pracuje z mama:


Wypycha mnie z krzesla i patrzy sie w ekran komputera. Taka mam szefowa w pracy zdalnej.

Bola mnie tez wszystkie miesnie. W zeszla niedziele z tesciowa dalysmy sobie wyzwanie. Robimy dwutygodniowa "Hand Clap" challenge. 15-minutowa wersja. Ale jednak daje w kosc, bo okazalo sie, ze pomimo moich regularnych dlugich spacerow i joggingu, to jednak mam miesnie, o ktorych zapomnialam, ze istnieja. Dzis zrobilam sobie odpoczynek od cwiczen i od razu czuje sie lepiej.

Wczoraj w koncu przyszedl poczta druk do wypelnienia aby otrzymac te obiecane 100,000 jenow zapomogi pandemicznej od rzadu. Ciekawe jak dlugo zajmie urzedowi miasta zrobienie przelewu do nas na konto.

I ciekawe tez kiedy w koncy przyjda te nieszczesne "abenomask".
Abenomask - czyli te dwie obiecane maski wielorazowego uzytku.
Pewnie przyjda jak juz nie bedziemy ich potrzebowac.

Zastanawiam sie tez co zrobic z urlopem w tym roku. Podroze zagraniczne nie wchodza w gre, wiec pozostaje nam Okinawa. Za glowna wyspa Okinawy (tam gdzie jest stolica tej prefektury - miasto Naha) nie przepadam. Ale z drugiej strony, czy jest sens pchania sie na mniejsze wysepki? Czy warto tak ryzykowac w dzisiejszych czasach? Sama juz nie wiem co robic.

Bede miala tydzien wolnego w lipcu, bo wtedy mialy zaczac sie Igrzyska. I bede tez miala tydzien w sierpniu, tak tradycyjnie na Obon. Niefortunny grafik, bo cala Japonia bedzie miala wolne w tym samym czasie. No i wlasnie. Chyba cala Japonia rowniez snuje plany urlopowe do Okinawy.

Z innych wiesci...
W sklepach pojawily sie slodycze o moim ulubionym smaku - czekoladowo - mietowym.



Czyli, znaczy sie, lato oficjalnie sie juz zaczelo. Przynajmniej wedlug handlowcow!

A tu czekoladowo-mietowe lody firmy, ktorej slodycze bardzo lubie. Ich czekoladowe batoniki i inne slodkosci sa tanie i bardzo dobre. Ale nazwa firmy, no nie wiem... Sami zobaczcie.

Black Thunder. ブラックサンダー



Firma twierdzi, ze nazwa byla inspirowana japonskim bogiem gromow, ale dla osob anglojezycznych brzmi (grzmi?) ona bardziej jak pseudonim meskiej gwiazdy filmow XXX.

U nas juz koniec niedzieli, wiec zycze wszystkim milego tygodnia.

Trzymajcie sie zdrowo!

Thursday, May 14, 2020

O Polonii w Japonii

Wczoraj dostalam linka do bardzo interesujacego tematu, jakim jest Polonia w Japonii.
Z Polonia nie mam duzego kontaktu. Nie mieszkam w Tokio, Polska malo sie interesuje, dzieci nie mam, wiec jezyk uzywam tylko do wlasnych potrzeb (jak, np. ten blog). Na co dzien operuje po angielsku i japonsku. A dla zabawy ucze sie hiszpanskiego.

Tradycji nie utrzymuje, bo po co? Zyc bez bigosu i golabkow tez potrafie. Moi znajomi to grono wielo-kulturowe, ale glownie japonskie. Nigdy parcia na znajomosci z Polakami nie mialam. Jak sie trafi, to super. A jak nie, to nie widze problemu. Zycie toczy sie dalej.

Byc moze to wlasnie z powodu tego dystansu, caly temat Polonii jest dla mnie tak bardzo fascynujacy. Ciesze sie, ze sa ludzie, ktorzy podchodza do polskosci na powaznie. Bo mnie by sie nie chcialo. Patrze na dzialalnosc polonijna jak przybysz z innej galaktyki. Z ciekawoscia. Ale na tym sie konczy, bo mam inne, bardziej porywajace, zainteresowania.

Dlatego na publikacje profesor Ewy Palasz-Rutkowskiej w Roczniku Orientalistycznym (na marginesie, co za ohydna nazwa!) spojrzalam wlasnie tak. Z ciekawoscia. Cieszylo mnie to, ze ktos zabral sie za temat japonskiej Polonii na powaznie.

Tutaj link - Polish Diaspora in Japan.

Radosc byla niestety krotkotrwala. Praca ta najwyrazniej byla tlumaczona z polskiego na angielski przez osobe, ktora jak widac, totalnie nie stanela na wysokosci zadania. Nie da sie tego czytac. Ilosc bledow po prostu przeraza. Polska skladnia zdan zywcem przelozona na angielski. Byki gramatyczne, stylistyczne, interpunkcyjne, ktorych nie powinien popelniac zaden srednio-rozgarniety student anglistyki dorabiajacy sobie na boku jako tlumacz.

Zenujace jest to, ze niby tak wysoko postawiona publikcja jak Rocznik Orientalistyczny, przyjmuje prace o tak niskim poziomie jezykowym. Co robi redakcja Rocznika? Czy nikt tego nie czyta? Czy nie maja tam choc jednego native speakera do korekty jezykowej manuskryptow?

Smutne jest to, ze osoba o tak wysokim dorobku naukowym jak profesor Palasz-Rutkowska, moze byc oceniana przez potencjalnych czytelnikow przez pryzmat kulawej angielszczyzny. Bardzo niefajnie. Szczegolnie, jak to powiedziala znajoma tlumaczka, "mam nadzieje, ze pani profesor radzi sobie z japonskim lepiej niz z angielskim."

O poziomie tlumaczen juz kiedys tu na blogu wspominalam. Nie byly to tlumaczenia prac naukowych, wiec latwo bylo sie z nich smiac. Teraz nie jest mi do smiechu. Po prostu mi smutno. Przykro mi, ze nawet w kregach naukowych profesjonalizm w Polsce lezy i kwiczy. Ze nikomu to nie przeszkadza. Ze byle blogerka lajfstajlowa posluguje sie lepsza angielszczyzna niz osoba ktora tlumaczyla tekst prof. Palasz-Rutkowskiej.

I to tyle na dzis.

Wrzucam zdjecia z porannego spaceru.


Takie male bajorko niedaleko.


Po poludniu duzo ludzi tam spaceruje, ale rano jest pusto.


Jest tez sciezka nad rzeka.


Ta miniaturowa, nielegalna dzialka bardzo mnie rozbawila.


I jedyne sluszne chusteczki higieniczne. Oczywiscie zawsze kupuje te "Miaou".

Milego dnia!



Wednesday, May 13, 2020

Jedyna sluszna maska

Jechalam dzis rano do pracy. Moja normalna droga zostala rozrypana podczas jakiejs budowy i musialam zrobic objazd. Nie lubie objazdow. A juz szczegolnie ich nie lubie, kiedy spiesze sie do pracy.

I tak to sobie jade nieznana mi droga, az nagle widze w tyle czerwone blyskajace swiatla. I syrena, dwa krotkie dzwieki i oznajmienie przez glosnik, ze mam sie zatrzymac przy najblizszym skrecie w lewo.

Nie jechalam szybko. Ale teraz widze, ze ograniczenie predkosci to 40 km/godz. Ja jechalam 50. Wpadka.

Zatrzymalam sie, podszedl do mnie pan policjant i byl wyraznie zaskoczony, kiedy zobaczyl za kierownica biala babe. Odeszla mu cala ochota na wlepianie mi mandatu. Za duzo wysilku.
Zamiast mandatu zrugal mnie, ze maski nie mialam na twarzy. Maska wisiala sobie na kolku do zmiany biegow. Powiedzial, ze mam ja zalozyc na twarz i nawet pantomime zrobil, zeby bylo jasne o co mu chodzilo. Dodal, ze mam jezdzic bezpiecznie i sie zmyl. Znaczy sie jechal za mna przez jakis kilometr, i potem sie zmyl.

Zalozylam wiec jedyna sluszna maske i tak to zaczal sie dzis moj dzien.

Te maski zmajstrowala mi kolezanka z Gifu. Ja dostarczylam material, a ona uszyla.


Potem zartowalysmy, ze te czarne wygladaja jak bikini. I teraz na powaznie rozmyslamy nad uszyciem starwarsowego stroju kapielowego.



W pracy mielismy dzis awarie sieci, wiec zebralam wszystko co mi potrzebne i powiedzialam szefowi, ze jade pracowac do domu.

I tak to oto jestem teraz w domu i walcze z nicmisieniechceniem.

W porownaniu z Tochigi, gdzie policja zatrzymywala mnie na okraglo, nawet jak jechalam przepisowo, tutaj to chyba zdarzylo sie dwa razy w ciagu dwoch lat. Nie mam na co narzekac. Za to lapanki z nagonka pod koniec miesiaca, to tu z kolei oczywista oczywistosc. Tego az tak bardzo w Tochigi nie bylo.

A skoro juz o Tochigi mowa, to w sobote bylam znowu u dentysty. I przy okazji wzielam ze soba piknikowy cooler i kupilam pierozki gyoza. Beda dzis na obiad. Plus zimny makaron udon i salatka z ogorkow.



A teraz naprawde musze zabrac sie do pracy...

Nie chce mi sie.
Nie chce mi sie.
Nie chce mi sie....

I chce mi sie.
Chce mi sie.
Chce mi sie.


Te truskawkowo-czekoladowo-mietowe sa boskie!

Wednesday, May 6, 2020

Koniec Zlotego Tygodnia

Ciemno, szaro i buro. I pada. A czasami nawet grzmi.
Wczoraj pochowalam wszystkie grzejniki na olej, dzis jest tak zimno, ze z checia bym je powlaczala. No coz, zamiast tego wlaczylam klime w ustawieniu na "cieplo" i w ten sposob marnuje prad.

Dzis jest ostatni dzien Golden Week'u, ale u nas to nie ma znaczenia. Ja musialam od rana pracowac (wlasnie skonczylam), a chlop tez normalnie w pracy. W jego branzy nie ma wakacji. A raczej, jak jest praca, to trzeba pracowac, bo kto wie, jak dlugo taki luksus bedzie trwal.

W niedziele upieklam sernik. Oczywiscie oklapl, ale tego oczekiwalam. To pierwsze podejscie do sernika w tym piekarniku, i juz mniej wiecej wiem co i jak. Mam nadzieje, ze za kolejnym razem bedzie lepiej.


Oprocz sernika, to chyba byl najgorszy Golden Week w historii Zlotych Tygodni. Pandemia, dwa trzesienia ziemi, awaria internetu, a teraz deszcz i zimno.

Z innych wiesci, moja ulubiona pizzeria w miescie jest na skraju bankructwa. Wyglada na to, ze to jej ostatni tydzien. Wiec jutro i w piatek bedzie pizza. Na wynos, oczywiscie. Dostawy nie robia, ale podjade tam po pracy i odbiore.


Troche pizzy w tym kraju juz zjadlam, i tych drogich, i tanich. Ale ta restauracja robi najlepsze. Takie jak pamietam robione przez moja wloska sasiadke, hen dawno temu w kraju za oceanem.


A w zasadzie to pizze robil jej maz, bo wedlug niego "baby nie nadaja sie do tego." Kwintesencja wloszczyzny.

W tej restauracji tez oczywiscie facet robi te pizze. Tyle, ze nie Wloch. Japonczyk. Ale piec ma importowany z Europy. I podobno tez we Wloszech uczyl sie wloskich sztuk kulinarnych.


W sobote musze jechac do Utsunomiyi skonczyc przygode z ta korona (na zeba). A skoro tam bede, to mam zamiar zabrac ze soba pikinikowy cooler i wypelnic go pierozkami gyoza. Min-min, oczywiscie.

A skoro o jezdzie mowa, to dzis zaplacilam podatek za rejestracje samochodu. 40,000 jenow szlag trafil. W tym roku mam rowniez miec przeglad samochodu i powaznie sie zastanawiam, czy by nie kupic nowego. Oczywiscie uzywanego. Oczywiscie tylko Toyote. Oczywiscie nie kei. Na szczecie Toyota nie produkuje kei. Kei to samochod "lekki", ma zolta tablice rejestracyjna, znizke na podatek rejestracyjny, i bardzo dobre zuzycie paliwa. Ale cos za cos. Kei sa male, malo wygodne, i niestety nie bardzo bezpieczne jesli w cos uderza, lub cos w nie uderzy. A staruszkow uderzajacych w co sie da mamy tu niestety pod dostatkiem.

Tak wiec szukamy uzywanej Toyoty typu mini-van. Ale jakby trafil sie dobry Nissan, to tez byc moze dalabym sie przekonac. Dlaczego uzywany samochod? Bo nie widze potrzeby jezdzenia nowym i jestem fanka recyclingu. Samochod to dla mnie narzedzie, a nie cos, co pokazuje sie sasiadom i znajomym.

Teraz ide polowac na jakies fajne sci-fi podcasty typu audio-drama. Potrzebuje nowych rzeczy do sluchania podczas jazdy do pracy. Jak znacie cos dobrego, to dajcie znac!

Milego dnia!

PS. Moje ulubione herbaty znowu sie pojawily! Znaczy sie, ze to juz oficjalnie lato?


Monday, May 4, 2020

Powrot na planete Scarif - czesc 2

Dzis jest dzien Gwiezdnych Wojen (May the 4th be with you!) i zdalam sobie sprawe, ze nigdy tu na blogu nie dokonczylam mojej relacji z wizyty na planecie Scarif. Czyli jednej z lokalizacji, gdzie krecone byly sceny z filmu Rogue One (Gwiezdne Wojny Historie - Lotr 1).

Czesc pierwsza jest tutaj - Wyprawa na planete Scarif.

Tak, tak, wiem, ze od czesci pierwszej minely ponad dwa lata.
Ale dobra wiadomosc jest taka, ze w ciagu tych dwoch lat udalo mi sie wrocic na planete Scarif. Czyli, dla niewtajemniczonych - do atolu Laamu na Malediwach.

Tak, tym razem wzielam ze soba "garnek" na glowe.

Moja malediwska obsesja nadal wysysa mi wszystko z portfela. I musze przyznac, ze ciesze sie, ze podczas Zlotego Tygodnia (ktory wlasnie trwa w tym momencie w Japonii) w tym roku nie mozemy podrozowac. W zeszlym roku podczas Golden Week bylam na Malediwach. W tym roku tez chcialam tam leciec. A tak to przynajmniej uda mi sie troche zaoszczedzic na przyszle podroze. No i mam czas skonczyc opowiesc z planety Scarif. Czyli, same plusy!



Samoloty miedzynarodowe laduja na Malediwach tak w zasadzie tylko w dwoch miejscach. W stolicy kraju - Male', na lotnisku o wdziecznej nazwie Velana Airport. Albo na poludniu kraju w atolu Addu, na wyspie Gan. Do Gan mozna doleciec tylko ze Sri Lanki, sa dwa loty tygodniowo z Colombo. Do Male' mozna doleciec kazdego dnia z wielu miejsc na swiecie (oczywiscie nie podczas pandemii, bo caly kraj jest w tej chwili zamkniety).

Ale, jak wspominalam poprzednio, w atolu Laamu rowniez jest wyspa Gan. I choc w ostatniej chwili udalo mi sie uniknac masywnego bledu, to wiem, ze sa ludzie, ktorzy polecieli nie na ten Gan co chcieli. Malediwy sa wszedzie piekne, ale jesli ktos mial w planach planete Scarif, a wyladowal w atolu Addu, to nie dziwie sie, ze byl wsciekly. Loty krajowe do tanich nie naleza, niestety. A atol Addu to najbardziej poludniowa czesc kraju, niemal 500 km od Male'.

Ja jednak lecialam do odpowiedniego Gan. A w zasadzie, to na wyspe Kadhdhoo. Bo wiekszosc wysp w atolu Laamu polaczone jest asfaltowa szosa, najdluzsza w calym kraju. 18 kilometrow!

Nie lecialam intergalaktycznym transportem w towarzystwie droidow, ale takim to oto wygodnym turbosmiglowcem Dash pelnym wczasowiczow lecacych do resortu Six Senses (ktory rowniez znajduje sie w atolu Laamu).



Tu warto dodac, ze rozklady lotow krajowych na Malediwach to tylko luzne sugestie. Samoloty poleca, kiedy poleca. Bardzo czesto z duzym opoznieniem, ale bardzo czesto i duzym przyspieszeniem. Jesli ma sie lot na godzine, powiedzmy 11:00, to moze on odleciec o 10:05, albo kiedykolwiek po 11-tej.

Dlaczego? Wszystko zalezy od pogody. To oczywiste. Mniej oczywiste jest tez, ze zalezy to od lotow zagranicznych. Do resortow polozonych daleko od Male' mozna dostac sie albo hydroplanem (seaplane), albo kombinacja lotu krajowego i motorowki. Do niektorych resortow mozna dostac sie tylko lotem krajowym i dalej motorowka.

Jesli wiec czekamy na lot krajowy, a nagle okazuje sie, ze pasazerowie, ktorzy mieli nim leciec utkneli w Abu Dhabi, lot krajowy jest opozniony. Albo leci wczesniej bez tych pasazerow, ale za to z innymi. Kazdy lot krajowy na Malediwach ktorym lecialam, byl zawsze pelny. No coz, te Dashe nie sa duze.


Nie bylo miejsca w schowkach na moj helmet i pani stewardesa przeniosla mnie na sam przod samolotu i pozwolila trzymac torbe z "garnkiem" na kolanach. Moglam go sobie tez zalozyc na glowe, ale wtedy nie moglabym podziwiac widokow za oknem.



I tak to oto wyladowalam w Laamu jakies dwie godziny przed czasem. Nikt na mnie na lotnisku nie czekal. Taksowek nie ma. Dostac sie do guesthouse'u tez nie ma jak. A 10 kilometrow z bagazem nie bede przeciez zasuwac na piechote.

Motorowka przyplynela po wczasowiczow do Six Senses, a ja zaczelam krecic sie bez celu po okolicy.


No popatrz, nawet rondo maja! Kto by pomyslal! Ta szosa (wybudowana przez Chinsczykow w ramach pokazania jak szczorda jest chinska pomoc dla krajow rozwijajacych) to najwieksza roznica pomiedzy atolem Laamu a innymi wyspami na Malediwach. Tradycyjne wysepki sa male, mozna je spokojnie obejsc w kilka(nascie) minut. W atolu Laamu, zas, kursuja autobusy.


Na szczescie przez wylotem z Male' kupilam lokalna karte SIM i moglam dzwonic do guesthouse'u i bardzo upierdliwie domagac sie, aby Fouzy zaraz natychmiast po mnie przyjechal.

Fouzy to moj skipper, przewodnik, a na co dzien - menedzer operacji w guesthousie Reveries Diving Village. Bo tam znowu zdecydowalam sie zatrzymac. Skoro bylo dobrze za pierwszym razem, to dlaczego mam wydziwiac?

Powrot do Reveries byl jak powrot do domu.


I najmilsze bylo to, ze wszyscy mnie pamietali i traktowali jak dlugo niewidzianego czlonka rodziny. I naprawde cieszyli sie, ze do nich przyjechalam.


Ale nawet jakbym nie przyjechala, to spoko, widac, ze biznes idzie im calkiem dobrze. Przed budynkiem zaparkowane byly auta wlasciciela guethouse'u, BMW i Nissan 350Z (a.k.a. Fairlady Z).

Mam nadzieje, ze uda im sie przezyc ta zaraze bez wiekszych problemow i ze bede miala okazje odwiedzic ich jeszcze raz. Kolejny samochod sam sie przeciez nie kupi, co nie?


Pokoj byl super, widok na plaze tez super, pogoda piekna. Po prostu marzenie.


A tu widok z okna.


Kibelka pokazywac nie bede, ale bylo czysto.

Jako ze do obiadu (wykupilam plan z obiado-kolacjami) bylo jeszcze sporo czasu, a ja glodna, wiec kicnelam na druga strone ulicy do restauracji Cafe 20. Nie mieli Coke Light, ani Coke Zero, wiec byla niemal tragedia. Przy okazji, wlasciciel Cafe 20 to rowniez wlasciciel guesthouse'u Reveries.


A po lunchu zaczelismy z Fouzym planowac wyprawe na dzien nastepny.

Wyspa Kudafushi. Ostatnia z trzech lokalizacji, gdzie krecono sceny na planecie Scarif.


Pamietalam z poprzedniej wyprawy, jak okropny byl rejs na ta wyspe. I musialam sie niezle zastanowic, czy bede w stanie powtorzyc taka eskapade. Fouzy obiecal, ze wezmiemy pomocnika, ze wszystko bedzie dobrze. Taaaa... Ponoc nawet pieklo wybrukowane jest dobrymi checiami...



A co krecono na wyspie Kudafushi?

Te sceny:



A tu ta sama zatoka na zywo:



Rezyser filmu w okopach:


My budujemy je w tym samym miejscu:



Wiecej z Kudafushi w kolejnym odcinku.
Mam nadzieje, ze nie za dwa lata!

Niech Moc bedzie z Wami!


Sunday, May 3, 2020

Wspominki z Korei (Polnocnej)

Pierwsza czesc relacji z Korei Polnocnej jest tutaj.

W mediach, chyba tak w ramach zmiany tematu, bo ile przeciez mozna tego wirusa walkowac, az wrze na temat zdrowia Najwyzszego Przywodcy. Juz zesmy w domu z chlopem zartowali, ze te wszystkie plotki zostaly naprawdopodobniej wykreowane przez biuro prasowe Bialego Domu w ramach odwrocenia uwagi od durnoty Trumpa i jego pomyslow z dozylnym podawaniem srodkow do szorowania kibli jako terapii na covid.

Taki wygodny spin, zeby media mialy o czym innym kwiczec przez kilka dni. Bo Trump i jego debilne pomysly juz nawet najbardziej zatwardzialym dziennikarzom zaczely sie przejadac. A wiadomo, Korea Polnocna, plus dramatyczna plotka, i ludzie z wypiekami na twarzy beda klikac, zeby calosc przeczytac.


A ze poziom dziennikarstwa, jesli w ogole mozna dziennikarstwem nazwac to co uprawiaja pismacy w mediach w obecnych czasach (tak, tak, sledze wielu z nich na Twitterze), jest w tej chwili gdzies tak na poziomie mocno przymulonego dna, wiec nie dziwota, ze jak banda baranow przyjeli owa plotke jako "breaking news". I poszlo w swiat. Amatorszczyzna.
Tymczasem, wyglada na to, ze Najwyzszy Przywodca jest calkiem zywy i ma sie calkiem dobrze.


I tak to jest z Korea Polnocna. Oczekuje sie jednego, a dostaje drugiego, a na koniec i tak wychodzi, ze to w zasadzie bylo cos zupelnie innego, trzeciego i czwartego. A moze i dziesiatego. Bo tego kraju nie sposob zrozumiec.

Wyglada obco, ale jednoczesnie dziwnie znajomo. Inaczej, ale i swojsko. Egzotycznie, ale rowniez i nostalgicznie. Nie raz i nie dwa, patrzac na budynki w stylu klasycznego utylitarnego komunizmu mialam flashbacki do blokow mieszkaniowych na Wzgorzu Nowotki w Gdyni. Wypisz wymaluj - jednakowe.


Gdyby nie azjatyckie twarze na ulicach i napisy w nie-europejskim alfabecie, to tak w zasadzie, na pierwsze, drugie, a nawet i trzecie spojrzenie, mozna by sie nie zorientowac, ze jestesmy zaledwie rzut beretem od Japonii.


Turysci przemieszczaja sie po stolicy autokarami pod opieka lokalnych przewodnikow. Przewodnicy ci zawsze pracuja parami. Dlaczego? Latwo to sobie wyobrazic. Turystom nie wolno biegac luzem po miescie - zawsze w grupie, zawsze razem, zawsze z przewodnikiem.

Ale z biegiem czasu dochodzi do sytuacji, kiedy przewodnik mowi "spotkamy sie w tym miejscu za godzine" i znika. I wtedy mamy zludzenie, ze jestesmy sam na sam z Pjongjangiem. Oczywiscie, ze ktos nas obserwuje. Oczywiscie, ze ta sytuacja to test zaufania. Ale jesli zdamy ten test, to nagle smycze przewodnikow robia sie bardzo elastyczne. I dochodzi do bardzo komicznych sytuacji, kiedy to my sami musimy brac odpowiedzialnosc za kontakt z tubylcami. Bo wbrew pozorom, tubylcy sa bardzo przyjaznie nastawieni do innastrancow. Starsze pokolenie jest wstydliwe i plochliwe, ale mlodsi sa odwazni i nie raz i nie dwa zagadywano do mnie po angielsku. Jak sie masz? Jak sie nazywasz? Skad jestes?

Chichoczace panny ze smartfonami w rekach (tak, w Pjongjangu prawie kazdy ma smartfona) pstrykajace zdjecia lub bezczelnie zblizajace sie, aby walnac sobie selfie z turysta. Dzieciaki przygladajace sie otwarcie i z ciekawoscia, i odwaznie mowiace "hello!".



Czy moge im odpowiedziec? Czy lamie jakies mniej lub bardziej oficjalne przepisy zgadzajac sie na selfie z gromada mlodzianow w mundurach wojskowych? Co mi wolno? A czego nie? Taka auto-cenzura towarzyszyla mi podczas calej wycieczki, nawet w rozmowach z koreanskimi przewodnikami.
Kiedy jeden z przewodnikow zapytal co sadzilam o zjednoczeniu Niemiec bez wojny i bez ofiar, poploch na mojej twarzy byl tak wyrazny, ze facet az sie rozesmial. Powiedzial, ze glupi nie jest, jezdzi do Chin regularnie i wie co sie dzieje (dzialo) na swiecie. Odpowiedzialam, ze wie tylko tyle, na ile Chiny mu pozwalaja. Rozesmial sie jeszcze bardziej i wyjasnil, ze ma dostep do Googla i ze wie, co to internet i jak uzywac VPNow. Szczeke podnosilam z ziemi przez dobrych kilka minut.

Czy byla to prowokacja z jego strony? Mozliwe. Nie dalam sie. Odpowiedzialam, ze pamietam Davida Hasselhoffa spiewajacego na Murze Berlinskim. Na szczescie przewodnik nie wiedzial, kim jest Hoff, wiec rozmowa sie skonczyla.



Kiedy przewodniczka, ktora wlasnie dowiedziala sie, ze mieszkam w Japonii, zapytala mnie o ulubione japonskie produkty kosmetyczne, po czym wyjela z torebki kosmetyczke wypchana po brzegi wysokopolkowa kolorowka japonska tez bylam zaskoczona. Jej ulubiona marka to Cle de Peau. Francuska nazwa i japonska jakosc, jak mi wyjasnila, najlepsze z dwoch swiatow.

Tak, wiem, ze przewodnicy oprowadzajacy zagranicznych turystow to elita polnocno-koreanskiego spoleczenstwa. Ale nie zdawalam sobie sprawy jak bardzo ta elita jest "na czasie" z wiedza z innych czesci swiata.

Tak, to Nissan. 

Ulubiony film? Zootopia, i smiech na sali kiedy powiedzialam, ze nigdy go nie ogladalam.
Ulubiony serial? Friends. I znowu niedowierzanie, ze nigdy go nie ogladalam.
Ulubiona muzyka? K-pop. I przekonywanie mnie, ze hej, oni wiedza, co to K-pop i ze wcale nie musze udawac, ze nigdy tego nie sluchalam. Bo, ze nigdy tego nie sluchalam, nawet nie przychodzi im do glowy. Przeciez kazdy kocha K-pop!
Ulubiona ksiazka? Harry Potter. I tu rowniez pukanie sie w czolo, kiedy przyznalam sie, ze nigdy Pottera nie czytalam.
Czy moj portfel to prawdziwy Louis Vuitton czy chinska podrobka? Kiedy mowie, ze autentyk, dziewczyna wyjasnia, ze zazdrosci, ze niestety ona ma tylko chinska wersje. Ale ze ma nadzieje, ze jednego dnia bedzie mogla sobie sprawic the real thing.

Jak? Chce sie jej zapytac, ale auto-cenzura powstrzymuje mnie przed otwarciem jadaczki. I nagle dociera do mnie absurdalnosc tej sytuacji. Rozmawiam o Louis Vuittonach z Polnocnokoreanka.

Tak, to Lexus.


Kiedy mam dosyc jazdy autokarem i prosze o spacer, nagle przechadzka zostaja wkomponowana w popoludniowy grafik. Co prawda spacer odbywa sie Ulica Naukowcow Przyszlosci, ale przynajmniej widze jak zyje elita Pjongjangu.


Kiedy prosze o mozliwosc pojscia do salonu fryzjerskiego, bez wiekszych problemow przewodniczka mowi, ze moge pojsc do fryzjera w Munsu Water Park. Czy przewodniczka moglaby pojsc ze mna i wyjasnic co i jak? A po co, ona sie pyta. Fryzjerki przeciez nie gryza, dam sobie rade sama.

U fryzjera w Pjongjangu

Mialam obawy, ale jak sie okazalo, bezpodstawne.

Tak normalnie, zaraz obok dziewczyny obok :-)

Efekt koncowy - moja bardzo stylowa polnocno-koreanska fryzura.

Kiedy narzekam, ze brakuje mi Diet Coke, bo jestem nalogowcem i moj zapas przywieziony z Chin juz sie skonczyl, przewodniczka magicznie organizuje mi dwie puszki. Dunska Coca Cola Light. Skad sie wziela w Korei Polnocnej? Nie wiem. Ale chcialam, to mam.

Kiedy nasza grupa kreci nosem jednego wieczoru na jedzenie (bylo wyjatkowo okropne), z blogoslawienstwem przewodnikow zamawiamy sobie pizze z dostawa. Tak, sa w Pjongjangu pizzerie.


Pudelko, jak widac, z Chin.
A w srodku takie cos:


Podchodzono z bardzo wielka nieufnoscia do faktu, ze nie pije alkoholu. Mowiono wrecz, ze to nie jest normalne, ze alkohol jest dobry dla zdrowia, ze koreanskie piwo jest najlepsze, ze jak sprobuje koreanskiego soju czy innego makgeolli, to sie przekonam do mocnych trunkow... Dawano mi wyraznie do zrozumienia, ze od turystow oczekuje sie picia az do upicia. A jesli ja nie pilam, znaczylo to, ze jedna z koreanskich przewodniczek tez nie mogla pic i musiala dotrzymywac mi trzezwego towarzystwa.




Kiedy inni pili, my wiec dyskutowalysmy. 


O toaletach (kucanki, siadanki i washlety), o pielegnacji cery (byla wielka fanka kosmetykow koreanskich, bo "tylko Koreanczycy rozumieja potrzeby koreanskiej cery" i zupelnie jej nie przeszkadzalo, ze produkowane one sa u imperialistycznego sasiada na poludniu), o psach (jako zwierzatko domowe czy do zupy), o wyzszosci produktow sojowych nad miesnymi i wice wersa, energii slonecznej (wiekszosc mieszkan w polnocno-koreanskich miastach ma panele sloneczne za oknami) oraz uniwersytecie Waseda. To ostatnie mnie zaskoczylo. Nie zdawalam sobie sprawy z tego, ze Waseda jest slynne nawet w Korei Pn.

Przeglad porannej prasy na stacji metra.


I tak to jest z Korea Polnocna. Jedyne co wiadomo, to to, ze nic nie wiadomo.

PS. Jesli bedzie zapotrzebowanie, to bede opisywac dalsze wspominki z tej podrozy.