Thursday, April 30, 2020

Koniec kwietnia

Dzis rano do mnie dotarlo, ze to ostatni dzien kwietnia. Nie zeby to mialo jakiekolwiek znaczenie (oprocz tego, ze powinnam wystawiac dzis faktury, a ja siedze tu i stukam na blogu), ale tak ogolnie. Koniec kwietnia. Poczatek Golden Week'u w Japonii. Co, niestety, w tym roku zupelnie nic nie zmienia. Zaraza nadal trwa.

Zdjecia z porannego spaceru. Asfaltu nie ma.

W wiadomosciach powiedzieli, ze jakies 15 tysiecy ludzi wykupilo bilety do Okinawy. Idioci. Ja tez bym chciala, ale siedze tu dzielnie na moim zadupiu i tylko marze o podrozach. W tym roku chyba nigdzie nie polecimy.

Dzis jakims cudem mam oficjalnie wolne, ale to tez nic nie znaczy, bo futony wywalilam na balkon, posprzatalam troche, wlosy zrobilam, poszlam na spacer z samego rana. Rozmyslam nad zapisaniem sie na kurs pisania. Online, oczywiscie. Troche drogo, ale J.M. Straczynski go prowadzi, a ja go lubie. Inaczej chyba to ta moja powiesc nigdy nie ujrzy swiatla dziennego.



W miedzyczasie zachcialo mi sie piec. Bo chlop mowi, zeby nie kupowac niczego z piekarni (ciastkarni), bo strach, bo ryzyko, bo zaraza. Wiec przeksztalcam marzenia o serniku wiedenskim w rzeczywistosc. A wszystko zaczelo sie od tego, ze nagle w lodowce pojawilo sie 30 jajek. Jak? Nie wiem. Prosze sie nie pytac. Po prostu sa.

No coz, trudno sie mowi, trzeba cos z nimi zrobic, co nie?

Tak, budki telefoniczne nadal tu istnieja.

W sklepach (tak ogolnie) brak masla, ale w jakiejs wiejskiej dziurze w plocie udalo mi sie kupic kilka kostek. Serek "Philadelphia" na sernik sprawdza sie dobrze, bo juz go kiedys uzywalam. Cukier puder tez jakims cudem znalazlam w sklepiku na rogu. Kaszke manne zamowilam przez internet. Ma sie pojawic w sobote. Wiec bedzie sernik.

Przez internet zamowilam tez pol kilo drozdzy (bo w sklepach nie ma) i bede probowac zrobic bagietki w domu. Zobaczymy co mi wyjdzie.

Tych serkow mam trzy, masla piec kostek, i ogolnie kilo cukru pudru.

Ale tak od zaraz chlop zazyczyl sobie brownies. Z posiekanymi orzechami i ekstra czekoladowymi kawalkami na gorze.

Takie sa wiec moje plany na Zloty Tydzien. Bede siedziec w kuchni i udawac dobra pania domu. Ciekawe jak szybko mi przejdzie...


Jutro, natomiast, musze stawic sie w pracy. Na szczescie tylko na kilka godzin.

A jakie plany majowkowe u Was?
Domowe plany majowkowe, mam nadzieje!


PS. Dzis jest dzien na smieci. Wynioslam je wczesnie rano. Na piechote (bo i tak szlam na pseudo-jogging).


Milego dnia!

Sunday, April 19, 2020

Do zobaczenia w Pjongjangu

Mam dosyc tej korony. Tego korona? Nie mam pojecia jak sie ten wirus odmienia.
Wiec zaczelam przekopywac zdjecia w komputerze, bo trzeba ich troche usunac, zeby wiecej miejsca zrobic. No coz, to stary laptop. Nowego nie kupie, pewnie az do konca tej pandemii.

I tak to, przegladajac zdjecia, na wspominki mi sie zebralo.



O mojej wycieczce do Korei Polnocnej nigdy w szczegolach nie pisalam, bo po prostu mialam obawy. Jesli napisze, to czy kiedykolwiek jeszcze bede miala szanse tam pojechac? Nie bylam pewna, nadal nie jestem pewna, ale teraz jakos mniej mi to straszne.



Oczywiscie, jak najbardziej, plany mam tam jeszcze raz pojechac. Tym razem z moim "garnkiem" na glowie i walic sobie szturmowcowe selfie w metrze w Pjongjangu. Ale taka wyprawa bedzie musiala sobie poczekac.

Za pierwszym razem, zamiast "garnka" mialam zwykla czapeczke. I to wcale nie gwiezdno-wojenna.



Dlaczego tam pojechalam? A dlaczego nie? Chcialam zobaczyc, mialam wolne, do Chin i tak musialam jechac sluzbowo. A skoro i tak mialam byc w Chinach, to dlaczego by nie skorzystac i nie wyskoczyc do KRLD?


Wycieczke zadziwiajaco latwo zorganizowac. Biur podrozy oferujacych mniej lub bardziej fikusne wypady do Korei Polnocnej jest mnostwo. Ja jechalam z Young Pioneers Tours. Bylo OK, ale nie moje klimaty. Picie na umor az do upadlego to nie moja bajka.
Z drugiej strony, jako jedna z dwoch osob w calej grupie ktore nie pily, mialam szanse gadania z polnocno-koreanskim przewodnikiem / przewodniczka. Bo skoro ja nie pilam, to jeden z nich tez nie mogl pic i musial dotrzymywac nam trzezwego towarzystwa.


Na moja przyszla podroz wybiore sie z Koryo Tours. Nieco drozej, ale bardziej po doroslemu. A ze ja juz niemal w podeszlym wieku jestem, wiec bardziej dla mnie.

Moja wycieczka miala miejsce 3 lata temu. Bylam w Korei Polnocnej na Nowy Rok. Po raz drugi wybiore sie w cieplejszej porze roku.

Lecialam przez Pekin.


Lot byl pelen. Oprocz naszej grupy, leciala tez grupa polskich "dyplomatow" (czlek z polskiej ambasady odbieral panie z lotniska), oraz caly tlum Koreanczykow powracajacych do domu. Z zakupami.


Nasz samolot to Tupolew TU-204-100. Bylo czysto i normalnie.




Lepiej niz w WizzAir czy innym Rajanku.



Podczas lotu obsluga serwowala legendarny Koryo Air burger i chemiczno-truskawkowy napoj gazowany. Bardziej chemiczny niz gazowany. Tak jakos przypomnialy mi sie czasy mojego dziecinstwa.


Wyladowalismy o czasie, robilo sie juz ciemno. Bo nie dosc, ze zima, to jeszcze Korea Polnocna ma wlasna strefe czasowa.


Kontrola celna byla bardzo skrupulatna, ale przed wyjazdem, jeszcze w Pekinie mielismy zebranie i pogadanke odnosnie co wolno, a czego nie. I jesli sie tych zalecen przestrzega, to nie ma najmniejszych problemow.

Pan celnik, widzac polski paszport, zapytal sie po rosyjsku czy mialam ksiazki w bagazu (ksiazki nie sa dozwolone) i kiedy zobaczyl, ze okladka w torbie to kalendarz a nie ksiazka, po przeswietleniu walizki, moglam oficjalnie "wjechac" do Pjongjangu.


Lotnisko, jak lotnisko. Prezentowalo sie calkiem niezle. Toalety byly czyste, woda w kranach tylko zimna, ale leciala, papier toaletowy dostepny. Nie bylo na co narzekac.

Terminal jak terminal. Tyle, ze sklepy niby otwarte, ale calkowicie puste.


Czekalismy az nasi lokalni przewodnicy dopelnia formalnosci i nudzilismy sie strasznie.



Potem wsadzili nas do autokaru i zawiezli do hotelu. Ruch na drogach, pomimo poznej pory tez byl calkiem spory. Przyznam sie, ze nie oczekiwalam widoku taksowek kursujacych ulicami Pjongjangu.


Taki dresik, jak widac na zdjeciu na poczatku wpisu, tez sobie zafundowalam.


Chcialam go zabrac do Polski dwa lata temu, ale po prostu zapomnialam. Za to na przyszla wyprawe do KRLD bedzie jak znalazl.


W koszulki tez jestem dobrze zaopatrzona. Teraz tylko czekac az ta epidemia minie.

Jak bedzie zapotrzebowanie na dalsza czesc opisu tej podrozy to bede kontynuowac. Ale z gory ostrzegam, nie interesuja mnie wywody moralno-etyczno-jaktytakmoglas. Moglam, to pojechalam. I nie zaluje. :-)


Update:
Czesc druga jest tutaj.

Friday, April 17, 2020

Pracowity tydzien

Nie bylo czasu na bloga. Nawet nie wiedzialam, ze byla Wielkanoc, bo niedziela dla mnie to co drugi tydzien normalny dzien pracy.

W sobote bylam u dentysty, i pomimo tego, ze chcialam zlota korone (a co! wolno mi!) to jednak okazalo sie, ze ze wzgledow alergicznych, nie ma na to szans. Wiec bedzie cyrkoniowa. Na razie mam tymczasowa korone, sprawdza sie dobrze.

I co tu nowego? Wlasciwie nic.

Dostaje maile z pytaniami, czy taki to a taki jutuber/ka mowia prawde o Japonii. A skad ja mam wiedziec co pokazuja jutubowe oszolomy? Nie interesuja mnie ich wywody, bo rzeczywistosc mam za oknem.

Milosciwie nam panujacy pan Abe oficjalnie planuje oficjalnie oglosic oficjalny stan nadzwyczajny w calym kraju. Bedzie obowiazywal do 6 maja, czyli do konca Golden Week (Zlotego Tygodnia), po to, aby wstrzymac ludzi od podrozowania podczas tego tygodnia. Golden Week to prawie tydzien wolny od pracy (kilka swiat panstwowych pod rzad) i to tradycyjnie czas, kiedy cala Japonia jedzie na wakacje.

No i w koncu Abe i jego kadra oficjalnie zdecydowali, ze zamierzaja planowac (albo planuja zamierzac?) finansowe wsparcie w wysokosci 100,000 jenow (czyli okolo 3867 zlotych) dla wszystkich obywateli. Kluczowym slowem jest tu "obywateli". O dziwo, Japonska Partia Komunistyczna (ktora tak w zasadzie jest komunistyczna tylko w nazwie, w rzeczywistosci bardziej socjalistyczna w szwedzkim stylu) stanela po stronie cudzoziemcow i sprzeciwila sie panu Abe. Komunisci mowia, ze wsparcie powinni dostac wszyscy mieszkancy kraju, obywatele i nieobywatele. Robi sie ciekawie.

Update: Teraz (18 kwietnia) mowia, ze kazdy w Japonii dostanie to wsparcie finansowe, ale trzeba bedzie sie o to odpowiednio aplikowac. Jak? Tego jeszcze nie wiemy.

W Osace maja taki brak ubran ochronnych dla personelu medycznego, ze burmistrz miasta apelowal do ludzi o dotacje plaszczow (pelerynek) przeciwdeszczowych, bo w niektorych szpitalach medycy musieli zaczac nosic plastikowe worki na smieci. Tutaj link do wiadomosci (po angielsku).

Wczoraj w Tokio kobieta z wirusem zostala odeslana od 58 szpitali, bo zaden nie chcial jej przyjac z braku lozek. W koncu karetka zawiozla ja do szpitala w prefekturze Chiba.

Oprocz tego zycie nadal toczy sie (prawie) normalnie. Ludzie pracuja (ja tez), chodza do barow i restauracji (my nie), szkoly sa zamkniete, ale niektore planuja wrocic do zajec w przyszly poniedzialek.

A tutaj piekny przyklad jak jedna (i chyba nie jedyna) szkola w Japonii, ta tutaj w prefekturze Mie, zinterpretowala "lekcje przez internet".


Tak tragiczne, ze az smieszne? Lub moze tak smieszne, ze az tragiczne?
Tutaj link (po japonsku) do artykulu w mediach. Po japonsku, ale mozna przeczytac w Google Chrome, jesli ktos ma na to ochote.

W koncu tez w sklepach pojawily sie oznaczenia na podlodze, w jakich odstepach wolno stac. I plastikowe ochrony pomiedzy kasjerami i kupujacymi.
Z tego co widze, to starsi ludzie ignoruja obrazki na podlodze i nadal ustawiaja sie w normalna kolejke. A ze z ludzmi starszymi w Japonii sie nie dyskutuje, wiec stoja sobie gdzie chca.


Tu akurat pusto jak po jakiejs zombie apokalipsie. Choc nie, po zombie apokalipsie bylyby slady krwi na podlodze.

Na szczescie nasz lokalny supermarket w koncu zainstalowal samoobslugowe stanowiska i teraz nawet mozna placic karta! Niesamowite. I na dodatek zaszaleli na calego. Jest mozliwosc platnosci kazda karta. Doslownie kazda, z Amexem i Dinersem wlacznie. W Japonii, a juz w ogole na japonskiej wsi, to rzecz nieslychana.

I znowu pojawily sie malinowe kitkaty. Moje ulubione. I czekoladowe Ritz.



Z innych wiesci, w poniedzialek dostalam maila od South African Airways (cala historia jest tutaj), ze prosze badzo, tu jest voucher. Na mediach spolecznosciowych zawrzalo, ze nagle SAA zaczelo rozdawac vouchery na prawo i na lewo dla tych, ktorych Airlink zostawil na lodzie i bez kasy.

Taka niesamowita hojnosc byla bardzo podejrzana. I slusznie. Wczoraj okazalo sie, ze SAA nie dostalo wsparcia od rzadu, wiec na 100% upadnie. I tyle po moim voucherze. Ta podroz na Sw. Helene naprawde nie byla mi pisana.


Teraz ide gotowac obiad...
Ciao!

Thursday, April 9, 2020

Oficjalnie

No wiec...
Milosciwie nam panujacy pan Abe w poniedzialek oglosil, ze zamierza oglosic stan nadzwyczajny (stan zagrozenia, czy jak to tam po polsku) we wtorek. To tak typowo po japonsku. Tu sie oficjalnie oglasza, ze robi sie oficjalne plany, aby sie oficjalnie przygotowac do oficjalnego ogloszenia.

We wtorek poszlam do pracy (bo od poniedzialku pracujemy normalnie), szef nic nie powiedzial. Wrocilam do domu, zjadlam obiad, poszlam spac, takie tam.
O 22:45 wyslal mi histerycznego maila, ze musimy przygotowac sie do pracy zdalnej. I czy moge mu w tym pomoc, bo on nie wie jak.

I tu chwila wyjasnienia...
Moj szef to typowy Japonczyk wieku szefowskiego. I jako typowy Japonczyk w tym wieku, potrafi poslugiwac sie tylko i wylacznie programem Excel.

I druga chwila wyjasnienia...
Choc jestesmy niezalezna firma, to nalezymy do wiekszego koncernu i wszystkie powazne decyzje musza byc oficjalnie uzgodnione z oficjalnym pozwoleniem na oficjalne wprowadzenie ich w oficjalne zycie. To tak typowo po japonsku.

Najwyzszy szczebel koncernu milczy. I milczy. I nadal milczy. Dzis rano przyszlo oficjalne zawiadomienie, ze oficjalnie pracuja nad oficjalna wiadomoscia z oficjalnym protokolem odnosnie oficjalnego prowadzenia biznesu podczas oficjalnego stanu zagrozenia w Japonii. Oficjalnie powiedzieli, ze poinformuja nas oficjalnie jutro. To tak typowo po japonsku.

I tutaj musze powiedziec, ze moj szef, choc jest typowym Japonczykiem, to powiedzial "olac ich, robimy swoje" i tak to oto jestesmy w trakcie przenoszenia calej dzialanosci na prace zdalna. Jest to trudne, bo specyfika naszej firmy wymaga, aby przynajmniej jedna osoba siedziala w biurze. Ale to juz przerabialismy w zeszlym tygodniu i mielismy rotacje.

Czyli jest tak, ze od poniedzialku bedziemy starac sie pracowac zdalnie. Oficjalnie. Szef wlasnie pilnie uczy sie jak dziala Zoom.

Ja dzis zaspalam, ale to dlatego, ze wczoraj siedzialam w pracy do poznej nocy, zeby oficjalnie wszystko przygotowac na oficjalne przejscie na prace zdalna w poniedzialek. Wyslalam szefowi wiadomosc, ze po poludniu stawie sie na oficjalne zebranie odnosnie tego jak oficjalnie uzywac Zoom.

Jest nas tylko 5 osob, wiec jak bedziemy miec maski na twarzach i siedziec wedlug oficjalnie podanych wskazowek odnosnie ilus tam metrow od siebie, przy otwartych oknach, to oficjalnie powinnismy byc bezpieczni.

Bo tak nas oficjalnie rzad poinformowal.


I to tyle na dzis.


PS.
Wkurzona jestem. Dzis jest dzien na wyrzucanie smieci. Smieciarka zawsze przyjezdza okolo 13-tej. Dzis przyjechala o 10:25. Musialam gnac kurcgalopkiem z workiem, zeby moje smieci zabrali. Na szczescie smieciarka gra wesola melodie, wiec w pore sie zorientowalam, ze przyjechala prawie trzy godziny wczesniej... I to tak w ramach moich porannych cwiczen (bo do oficjalnego smietnika mamy spory kawalek drogi i wstyd sie przyznac, czasem podjezdzam tam samochodem). Na inne cwiczenia dzis czasu nie bedzie. Teraz ide opanowywac Zoom. Oficjalnie.

Sunday, April 5, 2020

Czy ta maska wystarczy?

Strasznie zaluje, ze jej nie  kupilam. Droga nie byla, ale tak jakos nie myslalam, ze kiedykolwiek by sie przydala. A widzisz, Tato, jednak przydalaby sie...


To bylo na Westerplatte jak bylam w Polsce w czerwcu 2018 roku. Moj pierwszy raz na Westerplatte. Poplynelismy stateczkiem z Gdanska. Niestety nie mielismy czasu aby pojsc pod pomnik. Szkoda, ale trzeba bylo lapac ostatni statek w powrotnym kierunku. Teraz oczywiscie zaluje, ale czlek zawsze madry po fakcie...

Na razie mamy zapas normalnych masek, tych ktore Japonczycy zawsze nosili, i z ktorych inne nacje zawsze sie nasmiewaly. Normalnie zapasow nigdy nie robilam, ale pod koniec stycznia mama Sredniej T wyslala mi wiadomosc, ze mam natychmiast isc i nakupowac masek i zelow do rak. Mama Sredniej T to lekarz i jesli ona cos mowi, to normalnie w podskokach zawsze to robie. Z dobrym lekarzem sie nie dyskutuje...

Ale ja oczywiscie zwlekalam... Powiedziala mi to w piatek, 24 stycznia. W poniedzialek nadal nic nie kupilam... W koncu w srode wyslala mi histerycznego maila, ze mam to zrobic teraz i zaraz. W czwartek, 30 stycznia rano mialam wolne, wiec pojechalam do sklepow. Maski juz wtedy wszedzie byly wyprzedane. Ale zrobilam objazd prowincjonalny i sporo udalo mi sie kupic.



Te maski N100 to pozostalosci z moich wojazy do Chin podczas legendarnego zimowego smogu dwa lata temu. Chlop kupil mi N100, bo sie bal, ze jak dostane ataku astmy to po prostu umre. Chiny wtedy byly po drodze do Korei Polnocnej. Taaa... W Korei Polnocnej tez bylam. Ahh... Stare dobre czasy...

Teraz chlopu mowie, ze ma wymyslic jak zainstalowac odpowiedni filtr w mojej masce do snorkowania, tej na cala twarz. Bo to chyba bedzie najlepsze rozwiazanie. I najbezpieczniejsze.



Z innych wiesci...

Pani domu, jak widac, sie stara.

Zostaly mi dwie opakowania katarzynek, takich bez lukru i bez niczego. Takie gole nie sa zjadliwe, wiec dalam im czekoladowa polewe.



Czekolada z mleka wielbladziego. Wysmienita. Kupilam sobie caly zapas w Dubaju podczas podrozy z Mala R.
Nie bede zaprzeczac, gdyby zakupy wolnoclowe byly sztuka walki, to mialabym czarny pas. Czwartego stopnia.



Stopilam jedna tabliczke, dodalam troche ciemnego cukru, stad te granulki. Moze rezultat nie wyglada zbyt obiecujaco, ale smakowo jest fenomenalny.

Teraz ide myslec co by tu na obiad stworzyc...
W dawnych czasach w niedziele chodzilismy sobie do restauracji. Teraz, choc restauracje nadal sa otwarte, to doszlismy do wniosku, ze to zbyt niebezpieczne.

A co u Was na obiad?

Saturday, April 4, 2020

Sobotnia lista przebojow - wersja covid 19

Skoro dzis sobota, to znaczy, ze musi byc lista przebojow. Tak bylo w dawnych czasach, nieprawdaz? Lista przebojow programu trzeciego i Marek Niedzwiecki. Nie wiem jak jest teraz, wiec zlozylam wlasna liste.

Ludzie w kwarantannie nudza sie, a efekty tej nudy sa czasami fenomenalne.

10. Zaczniemy na powaznie...




9. Genialna wersja. Isn't it corona?




8. Chris Mann chce byc krolem wirusowych parodii. I jak widac swietnie mu to idzie.





7. Jak chronic sie przed kaszlem. Mikey Bustos podpowie:


Lubie jego parodie (Despacito bylo genialne!), a ta jest rowniez wyjatkowo udana.


6. Utwor znany kazdemu kto dorastal w latach 80-tych ubieglego wieku!
Nowa wersja dla tych, ktorzy sa uziemieni w domu.




6. Piosenka klasyk.
Klasyk nie tylko z powodu melodii oryginalu, ale rowniez i z powodu kiedy ta parodia pojawila sie na YouTubie - 31 stycznia tego roku. Piosenka prorocza i dokladnie przewidziala co nas czekalo.



I tak bardzo niepoprawnie politycznie "wirus z Wuhanu" kiedy jeszcze mozna bylo tak o nim mowic... Dawne czasy...



5. Zadna lista przebojow Covid-19 nie bylaby kompletna bez przynajmniej jednej wersji - My Corona!





4. Czwarte miejsce nalezy do kolejnej klasyki. Inna era, inny klimat, ale swojsko i znajomo.



3. Na trzecim miejscu Hello (from the Inside) - czyli Chris Mann po raz kolejny.





2. Kolejny klasyk. Absolutnie genialna wersja.



1. Na pierwszym miejscu moj absolutny faworyt. Numer jeden. Najwiekszy hit tej epidemii:




Macie swoje ulubione wirusowe parodie? Podzielcie sie linkami!

Milego weekendu!

Friday, April 3, 2020

Raport prawie weekendowy - w Japonii nadal prawie normalnie

Raport z 29 marca jest tutaj - link.

Dziekuje Wam wszystkim za komentarze i maile.

Ruch w mojej skrzynce mailowej jak nigdy przedtem. A ze wszyscy wiedza jak leniwa jestem jesli chodzi o odpisywanie, wiec podziele sie odpowiedziami tutaj na blogu.

I zeby bylo bardziej pozytywnie - sakura na zdjeciach.





1. Tak. Nadal pracuje. Jak dlugo? Nie wiem. Wiem, ze zaplaca mi za kwiecien. Co dalej? Nie mam pojecia.

Moja sytuacja zarobkowa jest dosyc specyficzna, bo funkcjonuje jako osoba samozatrudniona. Nie bardzo wiem jak to po polsku. Po angielsku - sole proprietorship. Taka jednoosobowa firma. Wlasna dzialanosc gospodarcza?

Ale mam dlugoterminowy kontrakt z firma, ktora mnie "zatrudnia". Kazdego miesiaca wystawiam im fakture i placa mi 10 dni pozniej.

Taka sytuacja jest dobra dla podatkow, ale niedobra dla wszystkiego innego. Nie mam chorobowego, nie mam platnych wakacji, nie mam zadnego zabezpieczenia jesli nagle kontrakt zostanie zerwany. Mam tylko wlasne oszczednosci.

Sama place za ubezpieczenie zdrowotne, sama wplacam skladki emerytalne, i sama robie wlasne rozliczenia podatkowe kazdego roku.

Jesli strace ten kontrakt, to nie bedzie dla mnie zadnego zasilku dla bezrobotnych.
Chlop rowniez prowadzi wlasna dzialanosc, wiec jestesmy zdani tylko i wylacznie na siebie.

Mam juz zaklepany nowy kontrakt od kwietnia przyszlego roku, ale w miedzyczasie trzeba bedzie jakos do tego kwietnia przezyc.




2. Czy rzad japonski oferuje jakas pomoc dla obywateli w tych ciezkich czasach?

hahahaha!!!

Tak, oferuje.
Slynne "Abenomask" (gra slow na "Abenomics") to w chwili obecnej posmiewisko japonskich mediow spolecznosciowych, lub ogolnie - mediow. Kazdych.

Mokuren, czy Ty tez czekasz niecierpliwie na obiecane DWIE maski, ktore beda wyslane do kazdego domostwa w Japonii?
Bo tak, to nie zart. Rzad japonski wysle kazdej rodzinie DWIE maski wielorazowego uzytku, takie materialowe, ktore mozna prac.


Kazda rodzina dostanie dwie maski tego samego typu, ktora ma na twarzy pan Abe. Jesli maska wyglada na raczej mala, to nie zludzenie. Maski te sa zazwyczaj noszone przez dzieciaki w szkolach podstawowych i gimnazjach podczas serwowania lunchu i produkowane sa w takich wlasnie odpowiednich rozmiarach.

A o tym, ze maski materialowe podwyzszaja ryzyko zachorowania na grype i choroby grypo-podobne, juz nawet nie chce wspominac - link.

Pomyslodawca tego "pomyslu" byl minister ekonomii, ktory powiedzial, ze skoro nie ma masek w sklepach i ludzie panikuja, i boja sie do pracy w zatloczonych pociagach jezdzic, to dajmy im maski wielorazowego uzytku. Niech przestana panikowac, maski piora kazdego dnia i niech do pracy na spokojnie jezdza. Bo praca przede wszystkim! Nie ma mowy o zadnej kwarantannie czy innym lockdown w Japonii.

Ach... kwintesencja japonskosci... Prawie jak w anime...

Oprocz masek, przewijaja sie tez inne pomysly. Vouchery na ryby, vouchery na mieso, vouchery na podroze.
Kiedy ludzie najbardziej potrzebuja gotowki, to dostana sobie voucher na sushi. Tak bardzo po japonsku, nieprawdaz?

Gotowka tez ma byc. Sa plany na cale 12,000 jenow na osobe. Okolo 468 zlotych. Dokladnie tyle ile kosztuje moj miesieczny parking jak jezdze do pracy.

Z tym, ze tylko obywatele beda kwalifikowac sie na ten nadzwyczajnie szczodry zasilek. Pojawil sie problem jak ten zasilek ma byc wyslany do ludzi. Byly glosy, zeby po prostu kazdemu "Mai Namba" (My Number, cos w rodzaju PESELa) przypisac ta kwote, ale to przeciez niemozliwe. No bo jak to! Cudzoziemcy w Japonii tez maja "Mai Namba", a oni przeciez na zadna pomoc rzadowa nie zasluguja.



Najglosniejszym glosem w tej debacie okazala sie pani parlamentarzystka Kimi Onoda. Jej skrajnie skenofobiczne wpisy na Twitterze sa juz obecnie slynne.

Ironia jest tutaj, ze pani Onoda urodzila sie w USA i jej ojciec jest Amerykaninem. I ze do 2017 roku posiadala podwojne obywatelstwo, co wedlug prawa japonskiego jest nielegalne. W 2015 roku niby "wybrala" obywatelstwo japonskie, ale nie zrzekla sie amerykanskiego, bo wedlug niej "nie wiedziala, ze powinna byla to zrobic."

Pani Onoda musi wyjatkowo nienawidziec swojego wlasnego pochodzenia, skoro pala az taka niechecia do legalnie zyjacych w Japonii cudzoziemcow. Jej slowa "nie interesuja mnie klopoty finansowe cudzoziemcow" ladnie reasumuja jej pozycje odnosnie wsparcia finansowego dla legalnych imigrantow.
Chyba zapomniala, ze jeszcze trzy lata temu, wedle prawa japonskiego, sama zaliczala sie do tych "cudzoziemcow". I chyba zapomniala, ze cudzoziemcy w Japonii rowniez placa podatki, dokladnie tak jak obywatele japonscy. I chyba zapomniala, ze jesli cudzoziemcy maja "Mai Namba" to znaczy, ze sa tu legalnie. I chyba bardzo ja to boli, ze niektorzy nawet maja prawo stalego pobytu...

Inna kwota, o ktorej sie wspomina to 200 000 lub 300 000 jenow na rodzine, ale tylko dla rodzin "bardzo potrzebujacych".

Czyli, najprawdopodobniej dostaniemy dwie maski, a jesli pojdzie dobrze, to i rownowartosc 468 zlotych.


UPDATE z 5 kwietnia 2020:

Do galerii parlamentarnych rasistow dolacza sie pani Mio Sugita. Ona nigdy nie zawodzi. Poprzednio twierdzila, ze LGBT ludzie to bezuzyteczny ciezar dla rzadu, bo nie produkuja dzieci. Teraz twierdzi, ze obcokrajowcy w Japonii, jesli potrzebuja wsparcia finansowego, powinni zwracac sie do wlasnych panstw. Rzad pana Abe jest nadal niezdecydowany, kto dostanie finansowa pomoc.


Pandemia pandemia, ale zdjecia slubne z sakura musza byc i juz!

3. A jak z testami?

Wczoraj zmieniono przepis dotyczacy tego co robic z pacjentami, ktorych testy sa pozytywne na covid.

Poprzednio przepis byl taki, ze bez wzgledu na to czy pacjenci maja objawy, czy nie, to musieli byc hospitalizowani na przynajmniej 14 dni. To jeden z powodow dlaczego placowki medyczne nie chcialy testowac. Ale pacjenci bez testow (ktorzy koniec koncow, okazali sie pozytywni) odeslani do domow zarazali innych.
Nowy przepis jest taki, ze lekkie przypadki i bezobjawowe przypadki ktore maja pozytywne wyniki na koronawirusa nie musza byc przyjete do szpitala, ale moga spedzic 14 dni w placowce kwarantanny.



Teraz tylko jest problem jak odniosa sie do tego pracodawcy. Bo jesli szpital, to firmy nie maja wyjscia, musza sie legalnie dostosowac. Ale kwarantanna w hotelu? Wielu ludzi obawia sie, ze firmy zmusza ich do wziecia bezplatnych urlopow, lub po prostu zwolnia z pracy.

Teraz eksperci prosza aby zmienic sposob w jaki przypadki chorob zakaznych (nie tylko covid) sa zglaszane do ministerstwa zdrowia. W chwili obecnej wszystkie dane mozna wyslac jednie przez faks.

Mozemy miec tylko nadzieje, ze nowe przepisy pozwola na wiekszenie ilosci przeprowadzanych testow. Choc z drugiej strony, moze nie. Jesli bedzie duzo testow, i duzo pozytywnych wynikow rzad boi sie, ze ludzie spanikuja.


I to by bylo na tyle.
Teraz pora pojsc spac.

Zycze Wam wszystkim spokojnego weekendu.

Jakie macie plany?

Moze takie?

Wednesday, April 1, 2020

Tylko trzy miesiace temu

Az ciezko w to uwierzyc, ze jeszcze trzy miesiace temu zycie toczylo sie normalnie. W skali globalnej, mam na mysli.

Dokladnie trzy miesiace temu wraz z Mala R wyladowalysmy na lotnisku w Naricie po podrozy do Dubaju i na Malediwy. Mala R nie jest moja, ale tak sie zlozylo, ze z nia podrozowalam. Nie byla to dobra podroz. Mala R plakala kazdego dnia, nawet doprowadzila do tego, ze nas policja zatrzymala w Dubaju. Bo security w Dubai Mall zadzwonili po policje widzac biala babe z azjatyckim dzieckiem, ktore drze sie na cale gardlo, ze chce do mamy i trzeba bylo sporo wyjasniac.



Gdy wyladowalysmy w Japonii powiedzialysmy sobie "nigdy wiecej." I tak mialo byc. Ale dzis rano Mala R zaczela wspominac podroz i powiedziala jak swietnie sie bawila, i ze chce ze mna jechac gdzies raz jeszcze. Ale dodala, ze wie, ze to nie jest teraz mozliwe z powodu pandemii. I zaczela plakac. Obiecalam wiec, ze jak pandemia minie, to znowu gdzies razem pojedziemy...

Mala R to corka mojej kolezanki z Utsunomiyi i przyjaciolka Sredniej T. Srednia T i Mala R chodza razem na tenis i mieszkaja niedaleko siebie. Mala R jest jedynaczka wiec traktuje Srednia T jak starsza siostre. W sierpniu zeszlego roku wzielam Srednia T do Dubaju na tydzien i bawilysmy sie swietnie. Od tamtej pory Mala R trula tylek i mnie i swojej mamie, ze ona tez chce gdzies ze mna jechac. Bo ja juz zapomnialam jak to zycie sie toczy w wieku szkoly podstawowej. Jak kolezanka ma, to ja tez absolutnie natychmiast musze miec.

Mama Malej R ostatecznie ulegla i zapytala sie mnie czy zabralabym jej corke gdzies poza Japonie. Mialam juz plan, zeby poleciec na Nowa Kaledonie, ale jesli z cudzym dzieckiem, to w koncu doszlysmy do wniosku, zeby leciec w znajome miejsce. No i oczywiscie Mala R nalegala na Dubaj, bo przeciez Srednia T tez tam byla.

Dubaj w grudniu troche za zimny na atrakcje wodne, wiec padlo na Dubaj plus Malediwy.
Cala podroz dla nas obu, w szczycie sezonu, wraz z biletami lotniczymi, hotelami, jedzeniem, atrakcjami, lokalnym transportem wyszla na okolo 3700 USD.

Czy to drogo czy nie, wole sie nie wypowiadac. Mama Malej R twierdzila, ze to tanio. Ale tu trzeba brac poprawke na to jak Japonczycy podrozuja. Ida do JTB (ogromnego biura podrozy) i kupuja package tour z katalogu.

Ja, tymczasem, organizowalam wszystko sama.

Widok z okna w hotelu w Dubaju - Rove Downtown. 

Tak to wiec oto 23 grudnia wsiadalysmy do samolotu do Dubaju. Mama Malej R odstawila ja na lotnisko i szybciutko zniknela. Mala R byla w swietnym humorze i podroz zapowiadala sie wysmienicie.

Przy odprawie NIKT nie pytal sie o dokumenty uprawniajace mnie do podrozy z Mala R. NIKT. Dwie rozne narodowosci, dwa rozne paszporty, dwa rozne nazwiska, ze o kolorze skory nie wspomne. Nie zapytal sie NIKT.

Oczywiscie wszystkie formalnosci mialysmy gotowe do wgladu. Ale nikt nic nie chcial.

Torby oddane, czas na kontrole bezpieczenstwa. Poszlo gladko.

Czas na kontrole paszportowa przy wyjezdzie. Pan przy stanowisku nawet nie mrugnal okiem.
Moglabym byc obca baba uprowadzajaca Mala R, zeby ja sprzedac w niewole, lub na czesci pierwsze. Nikogo to nie interesowalo.

Lot do Dubaju poszedl gladko, Mala spala.

Po wyladowaniu przy kontroli paszportowej znowu ZERO pytan. Stemple w paszportach i witamy w Emiratach.
I tak bylo przy calej podrozy. Zero pytan przy wylocie z Dubaju, zero pytan przy wlocie na Malediwy, zero pytan przy wylocie, zero pytan przy powrocie do Japonii.

A potem ludzie sie dziwia, jak czytaja historie, ze tatus czy mamusia porwali dzieci. Ha! Ja, zupelnie obca kobieta, moglabym spokojnie porwac dziecko i nikt by sie nie zorientowal.

Na Malediwach spedzilysmy jedna noc w Male, bo chcialam pokazac Malej R jak ludzie zyja w innych czesciach swiata. Przeszla swoj pierwszy szok kulturowy. Dubaj byl dla niej zbyt normalny, zbyt czysty, zbyt cywilizowany. Jak lepsza wersja Japonii, sama stwierdzila.

Stolica Malediwow, Male, to zupelnie inna bajka. Ja nazywam ja Dhaka Light, bo to taka bardziej normalna, bardziej czysta, bardziej cywilizowana Dhaka. Ale dla Malej R byl to ogromny szok.

Ja tam Male bardzo lubie, miasto ma atmosfere, ma charakter, ma wlasne zycie. Wiem, ze turysci twierdza, ze godzina w Male wystarcza, ze nie ma tam nic do zobaczenia, ze miasto nie jest warte czasu. Ja twierdze, ze sa idiotami.

Widok z motorowki


Widok z lotniska

Widok z ulicy

Widok z wody

Widok noca

I jeszcze raz

Widok z plazy w Hulhumale.

Lotnisko raz jeszcze.

To byl Malej drugi raz poza Japonia. W sierpniu poleciala z rodzicami na 4 dni na Hawaje. Twierdzila, ze Hawaje to tak samo jak Japonia. Kazdy mowil po japonsku, w hotelu obsluga japonska, jedzenie japonskie, w sklepach produkty japonskie. Przez cztery dni nie wydukala ani jednego slowa po angielsku. I to drugi powod dla ktorego mama chciala, zeby ze mna gdzies pojechala - zeby jezyk cwiczyc.

Pierwszy powod to zeby przestac byc rozbisurmanionym bachorem. Ale o tym dowiedzialam sie dopiero przez telefon w trakcie podrozy. Stad tez te placze i wrzaski. Jak tylko powiedzialo sie Malej R, ze nie, ze czegos nie mozna, ze nie wolno, ze nie da rady, to ona jak ksiezniczka, natychmiast w placz.

Teraz sama przyznaje, ze zachowywala sie okropnie, i ze jest jej wstyd co o niej ludzie musieli myslec. Czyli, cala ta meczarnia odniosla zamierzony skutek. Szkoda tylko, ze jej mama nie ostrzegla mnie o tym przed podroza.

Na Malediwach wybor padl na wyspe Maafushi.



Tak, wiem. Sama bym tam nie pojechala.
Ale mialo byc latwo i blisko lotniska i tanio, z cala gama atrakcji.

I tak tez bylo.

Nasz hotel to Kaani Beach Hotel, pokoj rodzinny na pierwszym pietrze. Zle nie bylo. W cenie mialysmy sniadania - okropne, ale Malej pasowaly, bo uwielbia mini-parowki.

Nasz pokoj w Kaani Beach Hotel

Widok z balkonu.

A na balkonie rozgoscil nam sie kot.

Sniadanie i ukochane mini-parowki

Luncze byly w cenie wycieczek, a na wieczor jadlysmy cos na "miescie".
Raz poszlysmy do Mamma Mia na pizze - ohyda.


Ten ryz to tez w Mamma Mia. Mala chciala spaghetti. Zamowilysmy spaghetti. Przyniesli nam ten ryz i powiedzieli, ze spaghetti sie skonczylo. Mala probowala to jesc, ale nie dala rady. Niesmaczne.

Restauracji nie polecam. A raczej polecam unikac.



Raz poszlysmy do guesthouse'u Stingray, bo kiedy bylam tam w maju, to jedzenie bylo dobre. Niestety juz nie bylo dobre. Bylo tak okropne, zgnile i obrzydliwe, ze zaplacilam i stamtad ucieklysmy.
Raz poszlysmy na bufet do Arena Beach Hotel, ale Malej sie nie podobalo.

Nudle z tunczykiem u Suzi - pycha!!!


Tak wiec, koniec koncow, zazwyczaj ladowalysmy w Suzi's Cafe Quench. Jedzenie dobre i tanie, ale obsluga tak powolna, ze jesli poruszalaby sie wolniej, to chodzilaby do tylu. Ale atmosfera przyjemna i maz wlascicielki opowiada swietne historie. Wlascicielka to Suzi, Malediwka urodzona i wychowana na Maafushi. Maz to gosc z Argentyny. Poznali sie na Facebooku. On przyjechal ja odwiedzic. Przeszedl na islam. Oswiadczyl sie. Ona powiedziala "tak". On wrocil do Argentyny, zeby sie spakowac i przeprowadzil sie na Malediwy. I tak to sobie od niecalego roku zyje na Maafushi i pomaga zonie prowadzic restauracje i piekarnie.

Jako facet z Ameryki Poludniowej, jego poczucie czasu jest takie samo, jak przecietnego Malediwczyka, wiec swietnie sie w nowym kraju odnajduje. Za to jego zona, to prawdziwy boss. Jak ona daje rade prowadzic dwa biznesy z takimi fajtlapami, nie wiem. Podziwiam ja.

Plaza bikini na Maafushi jest malutka i zapchana do granic mozliwosci. Nam to nie przeszkadzalo, bo kazdego dnia mialysmy inna atrakcje.

Delfiny

Zolwie

Po powrocie do domu namalowala tego zlowia akwarelami, ale nie mam zdjecia jej tworczosci. Poprosze, i wstawie pozniej.

Rekiny (nurse sharks)

Mala snorkowala z zlowiami, plywala z rekinami, podziwiala delfiny, lapala ryby, przeplynela sie lodzia podwodna, pluskala sie w basenie w resorcie, grala z lokalnymi dzieciakami w pilke nozna na innej lokalnej wyspie, i dowiedziala sie co to circumcision.


Nie rozumiala dlaczego potrzebne byly helikoptery i karabiny maszynowe do tej operacji, ale w sumie ja tez nie. Kiedy zapytala sie naszego malediwskiego przewodnika od snorkowania czy obrzezanie wykonuje sie karabinem maszynowym, on bez mrugniecia okiem odpowiedzial, ze czasami tak. Mala byla przerazona. Chyba bedzie miala uraz na cale zycie.

Az sie wierzyc nie chce, ze to wszystko wydarzylo sie zaledwie trzy miesiace temu. Wtedy narzekalam, a ona plakala. Teraz wiele bysmy oddaly, aby moc cofna sie w czasie...

Na wyspie Thinadhoo


Ulica na wyspie Maafushi

Mala R na Thinadhoo


Plumeria to piekny hotel na Thinadhoo 

Na wyspie Thinadhoo

Sandbank marzenie


A teraz ide spac i sobie pomarzyc...

Dobranoc!



PS. Update.

Zgodnie z obietnica, radosna tworczosc artystyczna Malej R. inspirowana nasza podroza.


I jeszcze jeden.



Jak na osmiolatke, to uwazam, ze calkiem  niezle jej to idzie...