Tuesday, March 31, 2020

Podroz ktorej nie bylo

I nie bedzie.

Chcialam cos w tytule napisac o tym dlaczego afrykanskie biznesy (tak generalnie) maja taka zla renome (tak generalnie) w innych czesciach swiata, ale balam sie, ze jedno czy dwa nieopatrzne slowa i wyjde na rasistke.

Dzisiejszy wpis inspirowany byl przez Widziane z Ekwadoru, i tu podziekowania dla Mokuren, bo to dzieki niej dowiedzialam sie o istnieniu tego fenomenalnego bloga.

Bedzie o liniach lotniczych, ale najpierw potrzebny jest maly wstep.

W zeszlym roku meczylam sie (zdalnie) razem z chlopakami z jednej z najwiekszych firm samochodowych w Niemczech, ktorzy zostali wyslani do RPA, gdzie ich firma zalozyla fabryke. Fabryka bazowala na lokalnych dostawcach, bo taki byl wyzszy cel tego calego przedsiewziecia - aby wspierac lokalne, afrykanskie biznesy.
I powiedzmy, ze jesli jedynie 50% wyprodukowanych na miejscu czesci bylo bezuzytecznych, bo nie przeszly kontroli jakosci, to byl to dobry tydzien. A jesli szef lokalnej produkcji pojawil sie na spotkaniu z Niemcami, to chyba tylko dlatego, ze obiecano mu darmowy lunch, bo spotkanie odbywalo sie w ekskluzywnej restauracji. Inaczej nie bylo go jak odnalezc.

Lokalna firma wspolpracujaca z Niemcami organizowala chlopakom smartfony i laptopy przez 4 miesiace. Mieszkania? Nawet nie wiem jak dlugo, bo kiedy moj kontrakt w tej zabawie skonczyl sie w grudniu, chlopaki (wraz z zonami, bo firma wyslala ich do RPA na 2 lata, wiec wzieli rodziny) nadal mieszkali w tymczasowych guesthouse'ach.

Czyli od poczatku lat 90-tych ubieglego stulecia (bo z tego okresu pochodza moje ostatnie doswiadczenia z tego kraju) az tak wiele sie w RPA nie zmienilo. Choc zdaje sobie sprawe, ze pojawia sie odmienne glosy, ze w biznesie zmienilo sie duzo, ale nie zawsze na lepsze. Polityke zostawiam na boku, interesuje mnie tylko biznes.

Jak jest w innych czesciach kontynentu? Jesli Kenya Airways lub Ethiopian sa miarodajnym wyznacznikiem sytuacji, to nie jest najlepiej. Wiem, ze ludzie lataja Ethiopianem i nawet sa zadowoleni, bo nawet udaje im sie dotrzec na miejsce z minimalnym opoznieniem i tylko polowa zniszczonego bagazu, lub z wielogodzinnym opoznieniem i nietknietym bagazem, ale ja osobiscie wole zostac w domu niz latach Ethiopian Airlines.

O Kenya Airways wole nie wspominac. Juz predzej bede szla piechota przez kontynent niz uzerala sie z ta linia lotnicza.

Ale, mialo byc o podrozach!

Tak wiec na poczatku stycznia, kiedy jeszcze koronawirus byl tylko odlegla plotka z Chin, z wielkimi obawami pozwolilam mezowi zabukowac mi bilet na lot z Johannesburga na Wyspe Swietej Heleny.



Do wyprawy na Wyspe Swietej Heleny przymierzalam sie juz dwa razy (no, prawie trzy).
Po raz pierwszy gdzies tak w polowie lat '00, ale niestety wtedy funduszy nie bylo, wiec skonczylo sie tylko na gorliwym czytaniu rozkladu rejsow RMS St Helena. Tak, tak. W tej odleglej przeszlosci jedynym sposobem dostania sie na wyspe byl statek, ktory kursowal co jakies 3 miesiace z Kapsztadu (Capetown).

Fundusze na wyprawe pojawily sie w roku 2011, ale wtedy wszyscy wiemy co sie stalo. Po trzesieniu ziemi mielismy inne, wazniejsze sprawy na glowie. Wtedy nawet mialam rezerwacje na rejs, ale wyprawe musialam odwolac. Na lez otarcie w grudniu polecialam do Palau i bylo swietnie.

Fundusze i czas pojawily sie w 2014 (i chyba nawet on tym wspominalam na starym blogu). Rezerwacje zrobilam. Za rejs zaplacilam. Siedzialam cicho, zeby nie zapeszac. Kiedy mialam sie rozgladac za lotami do RPA przyszla wiadomosc od firmy statkowej. Ze sorry, ale niestety moje miejsce musi byc oddane pasazerowi z wiekszym priorytetem. Bo sprawa miala sie tak: mieszkancy Swietej Heleny mieli pierwszenstwo podrozy.

Firma chciala mnie przebukowac na nastepny rejs za nizsza cene, ale niestety ja mialam wolne tylko podczas letnich wakacji. Poniewaz moje miejsce na statku bylo potrzebne w drodze ze Sw. Heleny do Kapsztadu, firma nawet proponowala rozwiazenie, zeby plynac do Sw. Heleny, stamtad kontynuowac rejs na Ascension (Wyspe Wniebowstapienia), a stamtad leciec do Wielkiej Brytanii lotem RAFu, ktory zabiera cywilnych pasazerow. Bylam jak najbardziej "za", ale niestety, lot RAFu rowniez mial priorytet, tym razem dla obywateli brytyjskich.

Wiec tak oto sprawa sie rypla.



Back to 2020...

W pierwszy dzien pracy w styczniu szef dal nam grafik do konca roku fiskalnego, czyli do konca marca. Nagle okazalo sie, ze mialam miec 3 tygodnie wolnego na przelomie marca i kwietnia. Super!
Mowie chlopu w domu, a on na to, "wybierz sie na Sw. Helene. Od zawsze to planowalas..."

I kiedy ja sobie to przemysliwalam, on wskoczyl na google, znalazl odpowiednie daty lotu i bum, zrobil rezerwacje.

Poszlo tak latwo, bo od czterech lat Wyspa Swietej Heleny ma w koncu lotnisko. A od dwoch lat jest nawet linia lotnicza, ktora tam lata - Airlink.

Dlaczego taki duzy odstep pomiedzy otwarciem lotniska a uruchomieniem polaczenia? Ano dlatego, bo jak sie okazalo, to lotnisko jest dosyc niebezpieczne z powodu tzw. wind shear (uskoku wiatru) i przez dwa lata wygladalo na to, ze lotnisko to bedzie calkowicie bezuzyteczne, bo zadna linia nie chciala podjac ryzyka aby tam latac.

Airlink podjal sie tego wyzwania, i do tej pory nawet niezle im to szlo. Jeden lot w tygodniu, w sobote, z Johannesburga, z miedzyladowaniem w Walvis Bay, bo samolot jest za maly na taki dlugi bezposredni lot. W sezonie swiatecznym, dodatkowo lot we wtorek z Kapsztadu. Super.

Ceny z kosmosu, ale jak sie ma monopol na trase, to mozna sobie spiewac ile sie chce, ludzie i tak zaplaca, bo nie maja zadnej innej opcji. Statek RMS St Helena przestal kursowac kiedy samoloty zaczely latac. Teraz kursuje tylko statek towarowy, ale jesli ma miejsca dla pasazerow, to ida one przede wszystkim do mieszkancow wyspy. I ceny rejsu sa rownie kosmiczne co loty.



Tak wiec 12 stycznia stalam sie dumna posiadaczka biletu na lot 21 marca z Johannesburga na Wyspe Sw. Heleny, z powrotem 28 marca. Rezerwacja bezzwrotna, bo roznica w taryfach byla ponad 500 dolarow.
Rezerwacja robiona byla na stronie Airlink, ale platnosc przeskoczyla na strone South African Airways, i bilet wystawiony byl z numerem South African Airways. Natychmiast wyslalam wiadomosc przez Twitter'a do Airlinku dlaczego. Oni na to, ze to normalne, ze maja umowe francyzy z SAA, ze wszystkie ich loty takie sa.

No dobrze. Pokorespondowalismy sobie troche, bo chcialam zabrac ze soba moj helmet szturmowca, a wiem ze embraery nie maja zbyt duzych schowkow na bagaze podreczne. Airlink powiedzial, ze moge helmet zabrac, i ze upchna go w schowek dla zalogi. No, po prostu super.

Zrobilam rezerwacje hotelu na wyspie, kupilam dolot do RPA (Emirates), zabukowalam hotele w Johannesburgu i zaczelam odliczac dni do wyprawy.



W miedzyczasie z Chin zaczely dochodzic coraz to okropniejsze wiesci. W Japonii wszystko bylo normalnie, wiec nie bardzo zesmy sie tym przejmowali. Nikt jeszcze nie zdawal sobie sprawy jak to bedzie wygladalo za dwa miesiace.

7 lutego Airlink oglosil, ze juz nie jest francyza SAA, ale bilety z numerami SAA beda honorowane jak zawsze.

29 lutego moj hotel na wyspie odwolal rezerwacje, piszac wprost, ze nie chca mnie tam, bo przywioze im wirusa. Wtedy wyspa byla jeszcze otwarta dla turystow, jedyne ograniczenia dotyczyly Chin.

Natychmiast skontaktowalam sie z Airlinkiem i tlumacze cala sytuacje. Oni mi na to, ze nic nie moga zrobic, bo wyspa jest oficjalnie otwarta dla turystow i ich samoloty lataja normalnie. Po dlugich negocjacjach zgodzili sie, zeby bilet przebukowac bez dodatkowych oplat, ale podroz musi sie odbyc do konca roku.
Oczywiscie ja nie mam wolnego. Wyzebralam u szefa wolne na koniec roku i podaje Airlinkowi daty. Mowia mi, ze wszystkie loty sa pelne. Ze moge leciec przez Kapsztad, ale musze doplacic za zmiane trasy i zmiane taryfy. Nie mialam wyjscia i sie zgodzilam. 6 marca pytam sie jak doplacic.

Cisza.
Brak kontaktu przez caly tydzien.

To powinien byc dla mnie pierwszy sygnal, ze cos bylo nie tak. 13 marca dzwonia do mnie, ze mam sie nie martwic, ze mnie przebukuja, ze mam czekac cierpliwie. Nikt mi nic nie mowi, ze powinnam rozmawiac rowniez z South African Airways.



16 marca widze wiadomosci na stronie gubernatoratu Sw. Heleny, ze wyspa podejmuje kroki ograniczajace wjazd. Ze bedzie 14-dniowa kwarantanna. 17 marca, ze wyspa zamyka sie na turystow.

Natychmiast pisze i dzwonie do Airlinka. Na stronie SAA moj lot nadal wisi jako "potwierdzony" i zadne zmiany w mojej rezerwacji nie sa widoczne. No kurzasz twarz, co sie dzieje.

Odpisuja, ze mam sie nie martwic, ze przebukuja mnie na lot na koniec roku.
Ja na to, ze moja rezerwacja nadal wisi niezmieniona a lot juz za 4 dni. Odpisuja, ze mam sie nie martwic, ze sie tym zajma. Nikt mi nie radzi, ze mam sie skontaktowac z South African Airways.

21 marca rano widze, ze moj lot nadal potwierdzony,  moja rezerwacja nadal wisi. Robie zrzut ekranu. Samolot wystartowal i polecial wedlug rozkladu.
21 marca, po tym jak samolot odlecial dzwonia do mnie, i chca mnie przebukowac, podaja nowe daty na koniec roku. Mowia, ze musze doplacic za zmiane trasy, bo powrot bedzie do Kapsztadu. No przeciez juz zesmy to przerabiali! Co oni! Sami nie wiedza co robia???

Wysylaja nowa rezerwacje oraz dane do przelewu. Pytam sie jak zaplacic karta, mowia mi, jakoby ze wzgledow bezpieczenstwa nie biora kart przez telefon.

Mowia, zeby zaplacic przed godzina 10:00 rano 24 marca, bo inaczej nie beda mogli trzymac mojej rezerwacji. Nie wyjasniaja dlaczego.

U nas sobota wieczor, gdzie ja ci znajde kogos z RPA kto moze mi ten przelew zrobic w poniedzialek? Na Facebook'u! Zyczliwa Polka w RPA pomogla, przelew zrobila. Wysylam w poniedzialek wszystkie potwierdzenia do Airlinka.

Cisza.

We wtorek, 24 marca - cisza.

Sprawdzam status nowej rezerwacji na ich stronie - nie ma.
Dzwonie do nich. Nie odbieraja.

25 marca bum!
Czytam na stronie Airlinka, ze od dzis nie akceptuja juz biletow z numerami lotow wydanych przez South African Airways. Ze prosze sie skontaktowac z SAA odnosnie zwrotu pieniedzy.
Dzwonie do Airlinka, nikt nie odbiera. Pisze histerycznego maila. Zero odzewu.
Dzwonie do SAA. Jakims cudem udalo mi sie polaczyc. Wyjasniam sytuacje. Pani z SAA sie ze mnie smieje. Zadnego zwrotu nie bedzie. Zadnego vouchera nie bedzie. Powinnam byla sie z nimi skontaktowac PRZED dniem podrozy. Wedlug ich systemu bylam no-show i nic mi nie przysluguje.

Wedlug umowy, ktora obowiazywala z Airlinkiem, SAA trzymalo kase za bilety do czasu az lot sie odbyl, potem automatycznie przelewalo na konto Airlinka. Airlink dostal moja oplate za bilet i mam to zalatwiac z Airlinkiem. SAA nic do tego. Wedlug nich, wywiazali sie ze swojego obowiazku.

25 marca przychodzi email od Airlinka, ze im bardzo przykro, ale przebukowania nie bedzie. Ze mam sie zwrocic do South African Airways o zwrot pieniedzy. Ze Airlink zwroci dodatkowe oplaty (ktore wplynely na ich konto 23 marca), jesli przedstawie dokumenty wydane przez bank, ze jestem posiadaczka konta, a dokumenty maja byc swiezsze niz 3 miesiace.

A to wszystko w przeddzien ogolnokrajowego lockdown w RPA.

Dobrze wiedzieli, ze posiadaczka konta nie jestem, bo jestem w Japonii, a konto bylo znajomej z Facebook'a.

Nie wiedzieli, ze ja juz w miedzyczasie rozmawialam z SAA i ze wiem, ze Airlink po prostu klamie.

Wypunktowalam przebieg wydarzen i wyslalam wiadomosc do Airlinka, ze niestety mowia mi nieprawde. Rozmowe z SAA mam nagrana, i prosze bardzo, moge im ja wyslac do wgladu.

Od tego czasu - cisza.

Wczoraj wyslalam jeszcze jednego maila i natychmiast dostalam automatyczna wiadomosc, ze moj email nie moze zostac dostarczony, bo lamie jeden lub wiecej punktow regulaminu korespondencji mailowej Airlinka. Czyli, zbanowali mnie. Wszystkie maile byly grzeczne, acz stanowcze, bez wyzwisk, bez grozb, bez obelg. Oczywiscie moge tez wyslac wiadomosc z innego adresu przez VPN, ale sam fakt, ze mnie zbanowali, dobrze o nich nie swiadczy.

Dodzwonic tez sie nie moge.


Bank mowi, ze nie mam podstaw aby zrobic chargeback.

I tak so sie skonczyla moja dlugo planowana wyprawa na Wyspe Swietej Heleny.



Wiecej juz probowac nie bede.

Niech Airlink udlawi sie moja kasa. Widac bardzo jest im ona potrzebna, skoro kazdy grosz sie tak dla nich liczy. Z tego co widze w odmetach internetu, to nie ja jedna zostalam tak zalatwiona. Ze Airlink celowo czekal, az loty sie odbyly, i dopiero wtedy kontaktowal sie z pasazerami obiecujac zmiane rezerwacji. Z ktorej to obietnicy oczywiscie nigdy nie mial zamiaru sie wywiazac.

Czy Airlink przetrwa ta pandemie? Wstrzymali wszystkie loty do 20 kwietnia. Zle im nie zycze, ale nie bede specjalnie zmartwiona jesli ta linia upadnie.

Jak ta zaraza minie, to wybiore sie na Malediwy. Bede wspierac lokalne biznesy na lokalnych wyspach. Moje pieniadze sie tam przydadza. Polece Emiratami. Voucher dali mi bez problemu.



PS1. Gratulacje dla wszystkich, ktorzy dotrwali do konca!

PS2. Wszystkie zdjecia wyspy pochodza z materialow prasowych St Helena Tourism, oraz z Wikipedii.


Sunday, March 29, 2020

Raport weekendowy - w Japonii nadal normalnie

Wczoraj milosciwie nam panujacy pan Abe mial konferencje prasowa i tak jak na polityka przystalo, cos tam mowil, ale tak, aby nic sensownego nie powiedziec.

Yep, kwitna wisnie...

Wiec, tak jak do tej pory, zycie w Japonii nadal toczy sie normalnie. Jutro, w poniedzialek, z samego rana miliony ludzi wpakuja sie w zapchane pociagi aby dojechac do pracy, po pracy albo pojda pic z kolegami i szefem, bo bary i restauracje sa normalnie otwarte, albo wpakuja sie w zapchane pociagi, aby wrocic do domu.

Ja jutro po poludniu musze isc do pracy, ale bede w biurze zupelnie sama, bo my w tej chwili robimy rotacje. Moja druga rotacja bedzie w srode. Ale juz od nastepnego poniedzialku, praca bedzie szla normalnie.

W zeszlym tygodniu kazda rodzina w Japonii miala otrzymac takie oto instrukcje.

Plotki na japonskich mediach spolecznosciowych sa takie, ze niby od pierwszego kwietnia ma byc czesciowy lockdown w Tokio, ale ja uwierze jak sie to stanie. Abe i towarzysze musieliby bardzo szybko w poniedzialek przeforsowac ustawe, ktora by im na ten krok pozwolila. No i przede wszystkim najpierw musieliby oglosic stan nadzwyczajny. A jeszcze tego nie zrobili.

No i drugie przede wszystkim, w piatek pan Abe powiedzial, ze lockdown w Tokio mialby katastroficzne skutki dla gospodarki japonskiej i dlatego on tego nie popiera.

Wspaniale jest miec na czele narodu czlowieka, ktorego bardziej interesuja pieniadze niz zycie ludzkie, ale tak to jest...

A jak wyglada sytuacja z testami na koronawirusa? Bo wedlug mediow, na okolo 100 testow robionych dziennie w Tokio, w ostatnich dniach ponad 60 ma wyniki pozytywne.

Zapytalam sie o to znajomego, ktory pracuje w najwiekszym szpitalu uniwersyteckim w prefekturze Tochigi.

Maja taki protokol postepowania:

1. Testowac na wszystko inne OPROCZ Covid-19. 
2. Leczyc wedlug diagnozy, czyli jak pacjent ma zapalenie pluc, to leczyc zapalenie pluc. Jak pacjent ma problemy ukladu pokarmowego, to leczyc problemy ukladu pokarmowego. Nie testowac na Covid-19. 
3. Jesli nastapi zgon, nie testowac na Covid-19. W akt zgonu wpisac chorobe wedlug diagnozy, czyli zapalenie pluc, lub chorobe ukladu pokarmowego, lub co innego... 
4. Wszystko to robione jest w minimalnym stroju ochronnym: masce, wizjerze na twarz, rekawiczkach. 

On jest tak przerazony, ze nie wraca po pracy do domu, bo boi sie zarazic swoje dzieci i zone. Od miesiaca mieszka w szpitalu. Zona tez jest lekarzem, ale w tej chwili zajmuje sie swoim ojcem (tez lekarzem), ktory jest chory, wiec nie ma stycznosci z pacjentami. Ich dzieci siedza w domu juz od konca lutego. Jedynie moga wyjsc do ogrodka i grac tam w badmintona albo siatkowke zaraz przy domu. Zadnych spotkan z kolegami i kolezankami, zadnych zabaw zbiorowych. Nawet nie chodza z mama na zakupy.

Wedlug profesjonalnej opinii lekarskiej mojego kolegi, to nie kwestia czy on sie zarazi koronawirusem, ale KIEDY.

To z jego wiadomosci wyslanej dzisiaj wieczorem:
"Wydaje mi sie, ze w przyszlosci koronawirus bedzie jak zwykla grypa. Kazdy sie zarazi. Ale jesli bedziemy miec szczepionke, albo skuteczne leki, ten wirus nie bedzie problemem. Niestety, na razie jest to powazne ALE."

No i to by bylo tyle w temacie wirusa w Japonii.

***

Z innych wiesci...

Sakura kwitnie, dzis padal snieg, wczoraj mialam dalszy ciag leczenia kanalowego zeba. Kolejny krok to (nomen omen) korona. Do dentysty pojechalam do Utsunomiyi, bo tu w Gunmie, jakos nie moge zadnego dobrego lekarza znalezc. I nie tylko dentystycznego.

To bylo wczoraj:



A teraz mam sie zdecydowac, jaka korona bardziej mi odpowiada:


Macie tez ceny dla porownania. Ta metalowa na samym dole pokryloby ubezpieczenie.

A na dobranoc, wisnie:


Zdjecia robione w piatek wieczorem jak wracalam z pracy.


To w centrum miasta... Jutro sprawdze wisnie u nas na prowincji...



UPDATE:
Raport z 3 kwietnia 2020 jest tutaj - link.


PS. Kupilam tez dwie pomadki Suqqu, bo jak sie okazuje moje zadupie tu w Gunmie ma duzo lepszy wybor kosmetykow w departamentach niz Utsunomiya. Opieka medyczna lezy i kwiczy, ale przynajmniej gorna polka kosmetyczna jest dobrze zaopatrzona.

Friday, March 27, 2020

Spacer po okolicy

Bo mam dosyc tej pandemii.

Chcialam kupic "Metro 2033", ale to bylaby wysylka z UK, wiec na razie niestety, nic z tych rzeczy.
Obejrzalam ostatni odcinek PICARDa i uwazam, ze ten nowy Star Trek jest zdecydowanie lepszy niz Mandalorian.

Yeah, Mandalorian ma baby Yoda, ale oprocz tego i wspanialych wizualow, to czegos mi w tym serialu brakowalo. To "cos" odnalazlam w PICARDzie. Nie jest idealny, ale jakos lepiej lepi sie niz Mandalorian. Juz sie nie moge doczekac drugiego sezonu.

Jestem fanka obu swiatow, i Star Wars i Star Trek. Czy mozna? Oczywiscie, ze mozna!!! Moj najpierwszy cosplay, gdzies w polowie lat 90-tych byl wlasnie ze Star Trek. Zgadniecie jaki? Moj drugi cosplay tez byl ze Star Trek. Zgadniecie numer 2? Zmajstrowalam oba sama. Nawet nagrody na konwentach wygrywaly.

Ale czakajac na sezon 2 PICARDa, w miedzyczasie, co mam ogladac? Mam dostep tylko do Amazon Prime w Japonii (i Disney+ przez VPN ze Stanow, ale nic mnie tam nie interesuje). Probowalam wciagnac sie do The Expanse, ale szlo mi jak rwanie zebow bez znieczulenia. Chcialabym obejrzec sense8, ale to niestety nie na Amazonie... Mam ogromna slabosc do J.M. Straczynskiego, jeszcze z czasow Babylon 5. Nie, cosplayow z Babylon 5 nigdy nie robilam.

A tak na marginesie, czy jego nazwisko, J.M. Straczynski, powinno odmieniac sie po polsku, czy nie? Sama nie wiem.

Zaraz musze isc do pracy (bo u nas zadnej kwarantanny narodowej nie ma, a pieniadze nie rosna na drzewach, szczegolnie, ze dwie linie lotnicze zrobily mnie w totalne bambuko, ale o tym innym razem), a potem myslec co na obiad. Proza zycia po prostu.

Wczoraj poszlam sobie na spacer i tak wyglada moja okolica.


Od "naszej" strony, gory nie sa pokryte sniegiem. Po drugiej stronie jest prefektura Niigata, i tam sniegu maja pod dostatkiem.


Ciekawe co jeszcze na tym polu posadza...


Zakaz polowania na zwierzeta. Bronia palna. Tak, mieszkamy na takim wygwizdowie, ze ludzie maja tu bron palna do polowania.


Wiekszosc domow ma piece i kominki, wiec drewno jest bardzo przydatne.


A po drugiej stronie gor jest Niigata.

Wisnie cos tak jakby kwitna, ale jeszcze pare dni potrzebuja.



Zamiast tego, w mall'u w markecie (oczywiscie, ze galerie handlowe sa otwarte!) sa produkty o smaku sakury.


Te byly dobre, choc sakury nie lubie.


Pianki byly okropne.


A herbata nie do przelkniecia.

Nawet te sakurowe Pocky byly niejadalne:



Za to te mieszane owocowe sa swietne!

I teraz juz naprawde musze zbierac sie do pracy.

Milego piatku wszystkim zycze!!!

Thursday, March 26, 2020

Sytuacja w Japonii - dlaczego Tokio nadal funkcjonuje normalnie

No wlasnie...
Kiedy inne metropolie na swiecie sa niemal w stanie totalnego zamkniecia, zycie w Tokio (jak i w calej Japonii) na dzien dzisiejszy toczy sie w 99% normalnie.



Dlaczego?
Pewnie dlatego, ze w kazdym sklepie, kafejce i restauracji mamy spryskiwacze z alkoholem do dezynfekcji rak...


I jak widac, mamy nawet bardzo pomocne instrukcje uzycia po angielsku, w razie jesli ktos nie wiedzialby, jak dziala pompka w butelce.

No ale tak na serio... Dlaczego wladze w Japonii tylko grzecznie "prosza" masy ludzkie o zachowanie umiaru, zamiast podejmowania zdecydowanych i bardziej drastycznych dzialan? Tutaj pomocny link do wczorajszego wpisu.

Ano dlatego, ze legalnie nawet wladze japonskie nie maja takiej mocy prawnej. Tak wiec i pani Koike (milosciwie nam panujaca w Tokio), jak i pan Abe (na czele narodu), moga sobie tylko prosic.
Konstytucja i prawo japonskie na nic innego im nie pozwala.

Aby oglosic stan nadzwyczajny, rzad musi najpierw przejsc przez kilka innych spraw. Jedna z nich jest powolanie do zycia 政府対策本部 (czyli Government Response / Countermeasures Headquarters, po polsku to chyba cos jak sztab rzadowy ds srodkow zaradczych?). I to wlasnie zostalo rowniez ogloszone wczoraj, ale jakos ludzie tak sie skupili na konferencji prasowej pani Koike i jej prosbach o niewychodzenie z domu w ten weekend, ze zupelnie przeoczyli ta druga, o wiele wazniejsza wiadomosc.



No ale jak to? Nie bylo czegos takiego do tej pory? Ano nie bylo. Az trudno w to uwierzyc, ale taka jest prawda. Dopoki Igrzyska nie zostaly przesuniete na przyszly rok, rzad udawal, ze wszystko bylo cacy. Sprawa sie w koncu rypla i teraz niemal co godzine mamy nowe, coraz bardziej alarmujace wiadomosci.

Z ostatniej chwili - gubernator prefektury Kanagawa (zaraz obok Tokio) prosi swoich mieszkancow, zeby rowniez, w miare mozliwosci, wstrzymali sie od wychodzenia z domu w najblizszy weekend.

No ale, gdzie bylismy? Sztab ds Srodkow Zaradczych... OK, wiec kontynuujmy ta lekcje japonskiej wiedzy politycznej.

Aby powolac taki sztab, rzad najpierw musial miec do tego nie tylko powod, ale tez i odpowiednia ustawe (Special Measures Law - 特措法基). Ta ustawa weszla w zycie dopiero 13 marca. Ale nie jest to nowa ustawa. W marcu tego roku dodana zostala do niej poprawka uwzgledniajaca COVID-19. Sama ustawa jest z 2012 roku i poczatkowo byla tylko o nowych wariantach grypy.

Wiec, najpierw do ustawy o srodkach specjalnych (special measures law) trzeba bylo dodac uzupelnienie dotyczace koronawirusa, potem powolac sztab ds srodkow zaradczych, i ostatni krok, jak do tej pory, jeszcze nie wykonany, to ogloszenie stanu wyjatkowego (stanu niebezpieczenstwa).

Jesli ow stan wyjatkowy zostanie ogloszony, wtedy i tylko wtedy, rzad bedzie mogl bardziej stanowczo upraszac ludnosc i korporacje do przestrzegania bardziej rygorystycznych prosb.

Tak, to nie pomylka. Nawet gdy stan wyjatkowy zostanie ogloszony (a jak na razie nie ma takich planow i rzad chce tego uniknac za wszelka cene - ekonomia ponad wszystko!), to nawet wtedy rzad japonski nie ma legalnej mozliwosci ogloszenia blokady miast, generalnej kwarantanny, itp.

Rzad moze kontrolowac granice i panstwowe organizacje. Wszyscy inni powinni dazyc do wspolpracy (dokladne tlumaczenie japonskiego oryginalu - punkt 4 tej ustawy) i dostosowac sie do zalecen, ale nie sa do tego zmuszeni. Policja nie bedzie w stanie tych zalecen egzekwowac.



Czyli, jesli stan wyjatkowy zostanie w Japonii (lub Tokio) ogloszony, to np. JR (koleje japonskie) beda pod ogromna presja, zeby sie dostosowac i najprawdopodobniej tylko wtedy pociagi przestalyby kursowac. Jak na razie, nie ma zadnych planow, aby ograniczyc rozklad jazdy w nadchodzacy weekend. Bo niestety, zeby zmusic mieszkancow Tokio do zostania w domu, siec transportu publicznego musialaby byc tymczasowo zawieszona. Inaczej nie da sie tego zrobic.

I teraz, po tej lekcji japonskiego prawodawstwa boli mnie glowa. Ide sie samo-izolowac na spacerze po wiejskich drozkach.


Na razie!

Wednesday, March 25, 2020

O Igrzyskach w Tokio i sytuacji w Japonii - koronawirus

No wiec...

Wczoraj oficjalnie przelozono Igrzyska Olimpijskie na przyszly rok. (Ale i tak je w koncu kompletnie odwolaja, zobaczycie...). Skoro wiec juz nikt w Japonii nie musi sie martwic o to jak utrzymac statystycznie niska liczbe zarazonych wirusem, bum! Dzis w Tokio ogloszono 41 nowych przypadkow. I to tak sie chyba skonczy ten "cud japonski", jesli chodzi o koronawirusa. To, ze jest malo oficjalnych przypadkow nie znaczy, ze jest malo chorych. Znaczy to tylko, ze jest malo wykonywanych testow.

Nie ma tu zadnej magicznej japonskej odpornosci, czy cudow higieny, czy tradycji kulturowych. Jest za to bardzo japonskie wsadzanie glowy w piasek i udawanie, ze problem nie istnieje.

No, ale... Pozyjemy (o ile korona nas najpierw nie dopadnie), zobaczymy...

Dzis rano wielki zegar w Tokio, odliczajacy dni i godziny do olimpiady, zaczal pokazywac normalna, dzisiejsza date i czas. Tak jak zegarowi przystalo.

Choc sa i tacy, co twierdza, ze zegar ten powinien pokazywac aktualna liczbe zarazonych koronawirusem, lepszy bylby z tego pozytek.

zrodlo: prasa japonska


A co z tymi wszystkimi olimpijskimi logami? Rzeczami? Pamiatkami? Pani Koike (milosciwie nam panujaca w Tokio) twierdzi, ze pomimo przesuniecia na 2021 rok, Igrzyska nadal beda sie nazywaly Tokyo 2020.

Albo, mozna to zrobic tak, bardzo po japonsku:

zrodlo: czelusci internetu (japonski twitter)

Kazdy, kto kiedykolwiek zrobil blad wypisujac jakiekolwiek dokumenty po japonsku, wie co trzeba zrobic. Przekreslic blad podwojna pozioma linia, wpisac poprawke, i podstemplowac czerwona pieczecia z nazwiskiem (tutaj nazwisko jest Mori - pan Mori to przewodniczacy japonskiego komitetu organizacyjnego Igrzysk). I po klopocie. W prawym gornym rogu mamy dwa stemple, po lewej pana Abe, po prawej pani Koike, ze poprawiony dokument zostal przez nich zatwierdzony.

Jeszcze tylko trzeba go wydrukowac i przeslac faksem. I juz mamy kwintesencje calej japonskiej biurokracji.


A skoro juz o pani Koike mowa, to przed godzina miala konferencje prasowa. Prosila mieszkancow Tokio, aby w nadchodzacy weekend pozostali w domu. "Prosila", bo nikomu sie jeszcze nie miesci w glowie, ze mozna (powinno sie?) takie miasto jak Tokio po prostu zamknac.

Jak mieszkancy Tokio sie do tej prosby odniosa? Pewnie tak, jak odniesli sie w ubiegly weekend. Popedzili stadnie do parkow podziwiac kwitnace wisnie.

zrodlo: Mainichi


I piknikowali sobie i swietowali w najlepsze zaraz obok napisow "no parties". I taka to jest prawda o tych poslusznych, uleglych Japonczykach, co niby robia dokladnie to co im sie nakazuje.

No wlasnie. I tu jest problem. Bo jak do tej pory, w Japonii nie mowi sie o "social distancing." Mowi sie o "self-restraint", czyli o samokontroli, umiarze, czy jak to tam po polsku, jesli chodzi o kontakty z ludzmi. "Social distancing" jest uzywane tylko wtedy, kiedy w mediach jest mowa o innych krajach. Wiec w swiadomosci Japonczykow, to ich nie dotyczy. Bo jak im sie mowi 自粛 (self-restraint), to slyszla dokladnie to. I jesli sie ich prosi, to znaczy, ze jest to opcjonalne. Czyli w sumie, robia dokladnie to, co slysza.

Jak do tej pory nikt im nie nakazuje, ze powinni praktykowac 社会的距離 (social distancing). Takie drastyczne akcje to przeciez tylko w dzikim gaikoku.

A my tu, w cywilizowanej Japonii, bedziemy sobie kwitnace wisnie podziwiac...


P.S. Tez bym podziwiala, ale u nas jeszcze nie kwitna. A prognoza pogody na ten weekend to deszcz i snieg. Do tego w sobote mam wizyte u dentysty - leczenia kanalowego ciag dalszy...