Tuesday, July 21, 2020

I nadal trwa...

Choc ponoc juz na poludniu, w okolicach wyspy Amami, pora deszczowa juz sie skonczyla. Byla to najdluzsza pora deszczowa od 1951 roku, czyli od kiedy zaczeto prowadzic archiwa pogodowe na ten temat. I wychodzi na to, ze prosto z pory deszczowej wskoczymy od razu w pore tajfunowa. Bo inaczej byloby nudno.

W zeszla sobote kuzyn chlopa mial slub na Okinawie, na wyspie Miyakojima. Jego dziewczyna (teraz zona) to tambylka i oczywiscie slub mial byc wielki z cala rodzina. Takie byly plany. Ale wiadomo co sie stalo. Z planow nici. I ostatecznie na slub polecieli tylko jego rodzice. Siedzieli w samolocie w przylbicach i maskach przez caly lot.


Takie widoki mieli z hotelu. Nienawidze ich.

I jesli uda mi sie poleciec na Ishigaki w przyszlym miesiacu, tez bede siedziec w samolocie w przylbicy.

Oprocz tego - bez zmian. Ponad 200 zakazen w Tokio niemal kazdego dnia. Zycie toczy sie dalej, bez widocznych ograniczen, praca tak samo. Jedyna nowina jest taka, ze teraz mam Netflix (ale o tym chyba juz wspominalam) i w tej chwili ogladam "Dark". Nawet calkiem mi ten serial odpowiada.

No, a skoro juz o Neflixie mowa, to przeciez koniecznie musze wspomniec dlaczego w ogole zdecydowalam sie na ten serwis. Ano dlatego, ze chcialam KONIECZNIE obejrzec "Eurovision Song Contest: The Story of Fire Saga". No bo skoro nie mamy w tym roku normalnej Eurowizji, to niech przynajmniej film bedzie. I film ten okazal sie strzalem w dziesiatke. Dokladnie to, czego potrzebowalismy, zeby sie usmiechnac.

Tutaj piosenka:



I co jeszcze nowego?

W sklepach pojawilo sie w tym roku duzo jablek z Nowej Zelandii. Sa bardzo smaczne i tansze niz japonskie jablka, wiec kupujemy je kiedy tylko mamy szanse. Japonskich jablek nie lubie. Sa za duze, za slodkie i z powodu duzej zawartosci cukrow psuja sie bardzo szybko.

W zeszlym roku tajfuny zniszczyly ogromne ilosci sadow owocowych w Japonii i aby zapobiec przewidywanemu brakowi jablek, zdecydowano sie importowac z Nowej Zelandii. I byla to swietna decyzja. Choc na poczatku Japonczycy podchodzili do tych jablek raczej nieufnie, teraz znikaja z supermarketow jak swieze bulki.



Odmiane Jazz juz mielismy od kilku miesiecy. Dzis zauwazylam odmiane Envy. Jest rownie smaczna jak Jazz. A najbardziej odpowiada mi ich rozmiar. Taki w sam raz do zjedzenia na raz. Japonskie jablka sa ogromnych rozmiarow.

Czekoladowo-mietowe szalenstwo nadal trwa.
Faworytem numer jeden jest PINO.



Znalezienie tego smaku graniczylo z cudem. Jak juz znalazlam, to kupilam od razu kilka(nascie) sztuk. Tak na zapas. A co ja sie bede rozdrabniac?

Oprocz tego takie tam.


Srednio zjadliwe. A nawet moze mniej niz srednio.

I taka tu nuda zycia codziennego.

Nude umila mi nowy rodzaj muzyki, ktory odkrylam bardzo niedawno na YouTubie. Sredniowieczne wersje wspolczesnych utworow, czyli tak zwany "Bardcore" albo "Tavernwave".

Ten tutaj bardzo mi sie podoba:




Niektore maja wokale, inne nie.

Jest teraz coraz wiecej tych "bardcore" kanalow, ale niestety duza wiekszosc z nich to utwory przerabiane komputerowo, zeby brzmialy sredniowiecznie.

A wczoraj odkrylam tego tworce: Algal The Bard:




Nie dosc, ze facet gra sam na wszystkich autentycznych instrumentach, to jeszcze jest mily dla oka (i dla ucha).

I teraz zagadka.

Tutaj tekst bardzo popularnej piosenki z lat 80-tych przerobiony w stylu bardcore.
Kto zgadnie pierwszy jaki to utwor?

Travelin' yn a chipped up carriage 
On the kings road, I shan't disparage 
I met a strange lady, she made me nervous 
She tooketh me and gave me breakfast 
And she sayeth 

 Doon thou come from a lande of yonder? 
Where women sow and thanes plunder? 
Cans't thou hear, cans't thou hear the thunder? 
Thou better run, thou better take cover...



Milego wtorku!!!


Thursday, July 9, 2020

Pora deszczowa nadal trwa

Deszcz deszcz i deszcz. Przestaje na piec minut, i zaczyna znowu.
Szaro, buro i ponuro kazdego dnia.


W oddali sa dosyc wysokie gory, ale w ogole ich nie widac.

Wysuszenie czegokolwiek na balkonie graniczy z cudem. Wiec robie pranie w domu i potem wioze do pralni samoobslugowej zeby wysuszyc. Niby mamy suszarke w domu, ale nasza instalacja elektryczna jest taka stara, ze jesli suszarka jest wlaczona, to zazwyczaj wywala nam korki calkowicie. Wiec po prostu latwiej jest pranie zabrac do pralni, zeby wysuszyc. A w pralniach zawsze kolejka. Kolejka w czasach korony nie bardzo mi sie widzi.

Niby mozna czekac w samochodzie, ale wtedy zawsze ktos wskoczy z poza kolejki i zaladuje suszarke. A ponoc Japonczycy to taki uczciwy narod, ktory zawsze przestrzega wszystkie reguly! Ha! Uwielbiam takie stereotypy.

Dzis, zamiast suszyc w pralni, powiesilam wszystko w domu, wlaczylam klime i wiatrak i mam wszystko w nosie. Jakims cudem klima jest na odrebnej sieci, wiec korkow nie wywala. Zdjec prania wstawiac nie bede.

W Tokio znowu mamy wzrost zarazen, ale nowego stanu nadzwyczajnego nie bedzie. Bo gospodarka ponad wszystko. Niestety, ten wzrost zarazen stawia moj dlugo wyczekiwany urlop pod znakiem zapytania. Takie moje szczescie... Ze juz nawet o wyprawie do fryzjera do Tokio nie chce wspominac...

W zeszlym tygodniu pojechalam do galerii handlowej, bo tam przynajmniej nie jest wilgotno.


Jak widac nie tylko ja wspieram gospodarke idac na zakupy. Musialam parkowac po drugiej stronie ulicy, bo caly parking zaraz przed mall'em byl pelny.

Klimatyzacja dzialala na calego, ustawiona chyba na "biegun polnocny", co w tym roku bardzo mnie zaskoczylo. Zazwyczaj Japonia jest bardzo ekologiczna w lecie i w urzedach publicznych, wielu szkolach i innych miejscach, temperatura ustawiona jest na okolo 28 stopni.

Ale... w tym roku mowia nam, ze klimatyzacja pomaga wirusowi w rozprzestrzenianiu sie, wiec musimy rowniez otwierac okna dla dobrej wentylacji. Same otwarte okna robia tyle, ze mozna dostac udaru z goraca siedzac przy biurku. Ja wybieram ryzyko klimatyzacji i wirusa. Wiec otwieramy okna dla wentylacji ORAZ wlaczamy klimatyzacje dla ochlody. Przynajmniej tak jest u nas w pracy.

I wydaje mi sie, ze tak to wlasnie dziala w AEON mall'u. Klimatyzacja dziala. Ale dziala tez wentylacja, ustawiona na "huragan".

A co zmusilo mnie do wizyty w galerii handlowej? Ano, wlasnie tam znajduje sie moje najblizsze Uniqlo. A lato i wysokie temperatury znaczy, ze trzeba sie zaopatrzyc w majtki typu AIRism.



Taaaa... Zdjec prania nie wstawiam, ale ze zdjeciami majtek takich problemow nie mam. Juz mi sie zupelnie w glowie poprzestawialo na stare lata.

Ale to dlatego, ze bielizna z technologia AIRism to cos, co kazdy powienien poznac.
Choc sie pocimy, to AIRism jest suche. I na dodatek pozwala oddychac. Tak wiec podczas lata zyjemy w AIRismie.

A skoro juz bylam w mall'u, to wstapilam do Kaldi Coffee Farm. Nazwa sieci jest mylaca, bo sprzedaja tam nie tylko kawe. Nawet powiedzialabym, ze kawa to zdecydowana mniejszosc asortymentu.


Maja tam szeroka game importowanych produktow spozywczych. Czasem trafiaja sie nawet polskie, choc ostatnio ich nie widuje. Moze to przez pandemie...

Ja zazwyczaj kupuje taki zestaw.


A tak przy okazji...
Jest gosciu w Japonii, ktory ponoc robi polskie wedliny i inne rzeczy.
Nie wiem jak z legalnoscia tego przedsiewziecia, i nie wiem jak z jakoscia jego produktow. Ale co mi tam, zamowilam pare rzeczy do sprobowania. Jakas wedzona kielbase, poledwice i szynke. I ogorki kiszone. Mam nadzieje, ze sie nie potrujemy.

Normalnie balabym sie tak zamawiac od kogos, kto sobie cos pedzi na "wlasny uzytek" i sprzedaje na Facebook'u. Ale zobaczymy. Ponoc bedzie tez robil kabanosy w przyszlym miesiacu. Nie wiem czy sie skusze, ale kto wie... Kabanosy mi sie marza, ale z drugiej strony, wole kupowac jedzenie z miejsc, ktore maja na to odpowiednie pozwolenia. Mialam juz powiklania z powodu zatrucia pokarmowego i wiem, ze to powazna sprawa. Na tyle powazna, ze ludzie umieraja z takich powodow.

Ale jesli ktos jest w Japonii i jest zainteresowany, to tutaj link do jego strony na Fejsie - Produkty Polskie w Japonii. Facet cieszy sie duza popularnoscia wsrod "gwiazd" polonii japonskiej, wiec mam nadzieje, ze te kielbasy przezyjemy. Oczywiscie zdam relacje. A jak mi totalnie odbije, to nawet i filmik nakrece.

Ale wracamy do AEON mall'a.

Jak juz tam bylam, to zachecona przez 70% obnizki wstapilam do jednego z moich ulubionych sklepow - American Holic. Nazwa przekorna, bo z Ameryka i amerykanska moda ten sklep nie ma nic wspolnego. Kroluja tam bezksztaltne sukmany, szerokie spodnie i typowo japonskie dlugie spodnice. Mnie to pasuje. Wygodne, szczegolnie na lato.


Skorzystalam z wyprzedazy i kupilam pare rzeczy. W koncu az tak czesto ciuchow nie kupuje... Czasami mozna!

Przeszlam sie tez po mall'u obserwujac jaki nacisk kladzie sie na social distancing.


Oznaczenia sa wszedzie.


Czy ludzie sie do nich stosuja? Ludzie jak ludzie... Czasami tak, ale bardzo czesto nie.

I zeby ludziom bylo latwiej, nawet sa oznaczenia na schodach ruchomych gdzie stac.


Social distance obowiazuje tez w toaletach.


Co druga umywalka wylaczona z uzytku.

Podobnie w czesci gdzie panie moga poprawiac makijaz.


Tak, mamy tutaj w mallowych toaletach takie miejsce, gdzie mozna sobie usiasc przed lustrem i spokojnie sie malowac.

I tak to jest na zakupach w mall'u w czasach pandemii. Przy wejsciu oczywiscie sa termokamery i spryskiwacze z alkoholem do rak.

I to tyle o zakupach.

Pozniej dodam nowy narybek czekoladowo-mietowych slodyczy. Na razie musze sie zabrac za prace.

Milego dnia!



Thursday, June 25, 2020

Walczac z maskne - Muji Oil Cleansing (oba warianty)

Ktos ostatnio narzekal, ze przestalam pisac o kosmetykach. No wlasnie. A dlaczego?
A dlatego, ze nie lece juz za nowosciami, a uzywam to co sie sprawdza. I dlatego, ze mieszkam w malej dziurze, gdzie wybor kosmetyczny ogranicza sie do malej sieciowej drogerii. Tak, moge sobie zamawiac przez internet, ale na starosc juz nie chce mi sie wydawac pieniedzy na rzeczy, ktorych nie moge sobie pomacac.

I ogolny sposob mojej pielegnacji tez nie ulegl zmianie. Wiec, tak w sumie, jakby sie dobrze zastanowic, to nie ma nawet o czym pisac.

Ale w ostatnich tygodniach skora bardzo mi sie zezlila. A dlaczego?
A dlatego, ze w pracy, jesli mamy kontakt z ludzmi, lub odwiedzamy inne miejsca, to musimy nosic taki oto zestaw:


Jak latwo sobie wyobrazic, wygodne to nie jest. I jak latwo sobie wyobrazic, dobre dla cery tez nie.

Ponoc klimatyzacja podnosi ryzyko zarazenia wirusem, wiec staramy sie jej nie wlaczac. Okna musza byc zawsze otwarte. I jesli na zewnatrz jest ponad 30 stopni, a ty w srodku przy oknie musisz nosic takie wdzianko, to nie dziwota, ze skora na twarzy sie buntuje.

W tym tygodniu jest chlodniej, wiec mozemy ciut odetchnac, ale ja juz oglosilam w biurze, ze wole covid niz powolne gotowanie w sosie wlasnym i ze bede wlaczac klime jak znowu zrobi sie goraco.

Czytajac w internetach widze, ze nie tylko ja mam problemy z cera przy ciaglym noszeniu maski i face shield przy wysokich temperaturach. Nawet jest juz nowe slowo do opisania tej dolegliwosci dermatologicznej - maskne. Czyli - problemy skorne wywolane ciaglym noszeniem maseczek.

Dla mnie ciagle noszenie maseczek to nie problem. To w Japonii robimy od dawien dawna, hen od wiekow przed obecna pandemia. Co jest dla mnie problemem to kombinacja wysokich temperatur, maski i plastikowej oslony na twarz.

Pomimo braku makijazu (robie tylko oczy) i minimalnej ilosci filtrow SPF (bo maseczka zawsze twarz i tak zaslania), i tak zle sie dzieje. A w zasadzie, dzialo. Bo juz powoli doprowadzam skore do ladu w tej nowej normalnej normalnosci.

A jak? Ano, zawsze tak samo. Zaczynajac od samego poczatku.

A na poczatku zawsze stoi oczyszczanie.

Wiele osob mysli, ze skoro nie nosi sie makijazu i nie smaruje hektolitrami filtrow, to mozna sobie pozwolic na ciut mniej doglebne szorowanie twarzy. Ale jak widac z opisow internetowych jak powszechne jest obecnie maskne, jest to bledne myslenie.

Nie wiem jak zyja kobiety, ktore tylko i wylacznie przecieraja twarz plynem micelarnym przed pojsciem spac. Takie rozmazywanie dziennego brudu na twarzy to nie dla mnie. A juz szczegolnie nie podczas globalnej pandemii wirusa, ktory zabija tysiace ludzi.

Wiec jak myjemy twarz? Nawet dokladniej niz przedtem.

Zamiast jednej rundy oczyszczania olejem, robie dwie, albo i trzy. Zamiast jednej rundy mycia pianka, robie tyle ile potrzeba. Po dokladnym umyciu skora nie skrzypi, ale jest czysta. Oczywiscie, takie doglebne szorowanie twarzy ma swoje zle strony i moze powodowac wypryski, wiec trzeba im odpowiednio zapobiec. A z drugiej strony, mycie byle jak powoduje, ze idziemy spac ze skora wciaz zapchana potem i brudem. I cholera wie, czym jeszcze.

A tak przy okazji, to na pewno przypadek, ze w krajach gdzie wieloetapowe oczyszczanie to oczywistosc, jest najmniej przypadkow zachorowan na covid.

No to myjemy. Nie raz, a dwa razy.
Wiec potrzebujemy dwa razy wiecej produktu. I wydajemy dwa razy wiecej kasy.

Ja na starosc kasy nie lubie wydawac. Bo frappuccino za darmo w Stabucksie przeciez nie rozdaja. A wycieczki na Malediwy tez swoje kosztuja. I teraz mam kupowac dwa razy wiecej produktow do mycia twarzy?

Nie stac mnie na dwie butle Shu Uemura Ultime8 oleju do mycia twarzy.


Fajnie by bylo, gdyby bylo. Ale nie jest.
Trzeba wiec poszukac tanszych rozwiazan.

DHC? No niby tak, ale wciaz bedzie szlo jak woda.
Fancl? Podobnie.

Wiec jak sie nie ma co sie lubi, to sie idzie do Muji.

Oleje do mycia twarzy Muji zawsze byly dobre, ale jakies takie nudne. Nic ciekawego. Ot, po prostu olej do oczyszczania. Tani. W duzej (lub malej) butli. Bezproblemowy. Latwy w obsludze. Wydajny. Dostepny wszedzie.



Oleje sa dwa.

Niestety, bardzo mylaco, po angielsku oba maja ta sama nazwe: Oil Cleansing.

Po japonsku maja juz inne nazwy. Ten o jasniejszym kolorze to Mild Oil Cleansing. Ten ciemniejszy to Oil Cleansing. Konsystencja i sklady rowniez sa inne.



Ten ciemniejszy (Oil Cleansing) do zludzenia przypomina DHC Cleansing Oil. Konsystencja taka sama, rezultat taki sam. Sklad niemal taki sam.


EDIT:

Warto wspomniec, jak dodala Mokuren w komentarzu, ze na tym ciemniejszym jest napisane, ze jest "dla skory wrazliwej."

No, ale tutaj znowu sprawa sie komplikuje. Osoby w wieku rownie podeszlym jak ja, pewnie pamietaja jeszcze te dawne czasy, kiedy to Muji zaczelo robic furore w swiecie kosmetycznym. Wtedy olej byl jeden, tez pisalo na nim, ze dla cery wrazliwej. Potem zrobily sie dwa oleje, jeden na bazie oleju z oliwek, a drugi - ten jasniejszy. I to wlasnie na tym jasniejszym pisalo, ze to produkt dla skory wrazliwej. 

Teraz pisze na tym ciemniejszym. 
Po dyskusjach z kolezankami, ktore sa fankami Muji, doszlysmy do wniosku, ze ten napis to tak dla picu. Tylko po to, aby usprawiedliwic wyzsza cene produktu. 

I wedlug naszych doswiadczen, NIE jest to produkt specjalnie dla cery wrazliwej. Szkody jej nie zrobi, ale i nie bedzie az tak latwy w uzyciu jak mozna by tego oczekiwac. A dlaczego? Ano dlatego, ze bedac na bazie oliwek, jest on ciut ciezszej konsystencji i wymaga bardziej mechanicznego podejscia. Oczywiscie swietnie sie emulguje i splukuje, ale co sie twarzy namyziasz podczas mycia, to bedziesz miala. Dla bardzo wrazliwych wrazliwcow moze to byc zbyt wyczerpujacy proces. 

Wedlug mnie na cerze wrazliwej swietnie sprawdza sie ten jasniejszy olej. Jest jak marzenie!

Ten jasniejszy (Mild Oil Cleansing) zachowuje sie dokladnie jak Shu Umeura Ultime8, choc ma zupelnie inny sklad.



Jest lekki, latwy i przyjemny. Tutaj sklad:



Uzywalam go na zmiane z Shu Uemura Ultime8 i roznice widzial tylko moj portfel. Na korzysc Muji, oczywiscie.

Cenowo prezentuja sie tak:


Pojemnosci ogromne. Az 400 ml.




Bede nadal kupowac, bo choc sa nudne, to dzialaja bez zarzutu. Cena cieszy. Rezultaty tez. Nie ma co wydziwiac.

Po myciu olejem oczywiscie zawsze uzywam pianki. Z piankami tez wrocilam do podstaw. Ale o tym bedzie innym razem.

Sunday, June 21, 2020

Here comes the rain again...

Falling on my head like a memory... Kto pamieta ta piosenke?

Potworne ilosci pracy i chroniczny niedobor wolnego czasu trzymaly mnie z dala od bloga. I z dala od wszystkiego, wydaje mi sie.

Zaczela sie pora deszczowa.

Widok po drodze do pracy


Widok z parkingu przy pracy


Stan wyjatkowy sie skonczyl i zycie jako tako wrocilo do normalnej normy. Wczorajszy wypad do dentysty do Tochigi pokazal, ze weekendowe znizki na autostradach rowniez wrocily. Cieszy mnie to bardzo, bo to ciagle jezdzenie w te i we te zaczynalo mnie dosyc drogo kosztowac. Podczas stanu wyjatkowego weekendowe znizki, ktore sie otrzymywalo przy uzyciu karty ETC (elektroniczna oplata za autostrade) zostaly zawieszone, zeby zniechecic ludzi do podrozowania pomiedzy prefekturami.

Teraz jest wrecz przeciwnie. Trzeba ludzi zachecic do podrozowania i wydawania pieniedzy.

Ja swoj wklad juz wyrobilam, bo wlasnie zabukowalam maly wyskok na Ishigaki w sierpniu. W tym roku Malediwow, ani Szynszyli nie bedzie. A jak sie nie ma co sie lubi, to sie lubi co sie ma. Wiec bedzie Okinawa (Ishigaki to jedna z wysp w prefekturze Okinawa). Niestety Okinawa bedzie podczas tygodnia obon, kiedy cala Japonia ma wolne. No coz. Trudno sie mowi. Jakos to przeboleje.

W ramach przygotowania do tej wycieczki mialam nawet pomysl, zeby kupic slynne warzywo z Okinawy - goya. Ale pamietajac jego smak, i to ze chlop uwaza je za niejadalne, kupilam zwykla cukinie.

Goya w calej supermarketowej okazalosci.

Przy okazji planowania tej wycieczki przypomnialo mi sie dlaczego nigdy do Okinawy nie latamy. Bo jest drogo. Jesli mam leciec na tydzien na Ishigaki czy wyspe Miyakojima w prefekturze Okinawa i placic tyle samo (lub wiecej) jak za Malediwy, to ja wole Malediwy.

A w tym roku ceny sa jeszcze wyzsze.
Dlaczego?

Dziewczyna, ktora pracuje w jednym z resortow na Ishigaki, powiedziala mi tak "Hotele byly zamkniete przez kilka miesiecy. Trzeba te straty jakos nadrobic."

I jak widac po cenach na nadchodzace miesiace, hotele i guesthouse'y staraja sie nadrobic z nawiazka. Wlasciciele obiektow wiedza, ze w tym roku Japonczycy nie maja innych opcji, wiec beda podrozowac po wlasnym kraju. A hotelarze to skrzetnie wykorzystuja.

Uparlam sie na hotel w okolicy Kabira Bay, ale rownowartosci tysiaca dolarow za trzy noce w hotelu z basenem nie chcialam placic. Wiec drastycznie obnizylam swoje oczekiwania i zdecydowalam sie na guesthouse w japonskim stylu. Jedyny wymog, ktory byl dla mnie konieczny, to pokoj z wlasna lazienka.

Guesthouse'y w japonskim stylu bardzo czesto (jesli nie powiedziec "zazwyczaj") maja wspolne lazienki. W "normalnych" czasach by mi to nie przeszkadzalo. Ale w czasach korony juz tak. Chce miec kibelek i prysznic na wlasny uzytek.

I dlatego tez zrezygnowalam z pieknego guesthouse'u Maetakaya The Third. Nadal placze nad tym widokiem na zatoke z ich tarasu i z okien pokojow. Ostatecznie zdecydowalam sie na guesthouse Lulaliya, na pokoj z prywatna lazienka.

Samochod tez juz mam zarezerwowany. Kei (lekki) z zlota tablica, maly i poreczny, podobno idealny na ichniejsze waskie drozki. Innych planow na razie nie mam.

Po drodze na Ishigaki zatrzymam sie na jedna noc w Naha na glownej wyspie Okinawy. W drodze powrotnej mam bezposredni lot z Ishigaki do Tokio. Wszystkie loty linia ANA, bo sa w Star Alliance. Ja nie lubie tanich linii. Jak sie doda bagaz do ceny biletu taniej linii, to nagle okazuje sie, ze wcale nie jest az tak tanio. Wiec wole doplacic ciut wiecej i leciec normalna linia. I przy okazji uciulac kilka punktow w programie Miles&More.

Z innych wiesci...

Wczoraj w koncu dostalismy nasze abenomaski. Mokuren opisala dokladnie co one za jedne - link.



Szkoda, ze przyszly tak pozno. W tej chwili mozna juz kupic normalne maski w wiekszosci sklepow. Nawet jest wybor. Ja wybieram te Made in Japan, bo po ogladaniu filmikow o produkcji masek w Chinach, skutecznie mi sie odechcialo kupowania jakichkolwiek produktow quasi-medycznych robionych w Chinach. Nie wiem, Japonczykom jakos bardziej ufam. Wiem, ze bezpodstawnie, ale nadal napis "Made in Japan" to dla mnie pewnego rodzaju gwarancja jakosci.



W zeszlym tygodniu wplynely tez na konto nasze dlugo wyczekiwane 100,000 jenow. To zapomoga finansowa dla wszystkich legalnych mieszkancow Japonii, na mediach spolecznosciowych nazywana "abenomoney".


Z jeszcze innych wiesci...

Mania mietowo-czekoladowa trwa nadal.

Wszystko bylo bardzo dobre tutaj.

Klasyka japonska - Gari Gari Kun


A tutaj moi ulubiency:



A tych tutaj zupelnie nie lubie. Pewnie dlatego, ze nie sa to czoko-mint:





I z jeszcze innych wiesci...

Dlaczego bylym ekspatom, na firmowych pakietach wynagrodzeniowych specjalnie dla ekspackich pracownikow, jest tak ciezko zrozumiec, ze ich doswiadczenia w Japonii nijak sie maja do tego jak zyja zwykli Japonczycy? I zwykli cudzoziemcy, ktorzy mieszkaja tu na stale?

To tak jakby wziac opowiesci japonskich zon japonskich pracownikow na kontraktach japonskich firm w Polsce i na takich historiach opierac swoj wizerunek kraju nad Wisla. Brzmi komicznie. Ale tak wlasnie ekspaci traktuja swoje doswiadczenia w Japonii. Ja tych doswiadczen nie kwestionuje. Na pewno sie wydarzyly, troche tylko podkolorowane dla sensacji, bo inaczej byloby nudno. Ale wiem tez, ze na pewno nie sa one odnosnikiem zycia w calym kraju dla zwyklych zjadaczy japonskiego chleba. A raczej ryzu.



I z zupelnie innych wiesci...

Trwajace w tej chwili truskawkowe szalenstwo w Starbucksie jest niesamowite.

To frappuccino to po prostu truskawkowe smoothie.



A tu truskawkowe smoothie z dodatkiem bitej smietany rowniez i na dnie kubka.



I to by bylo na tyle na dzis wieczor.

Milego tygodnia wszystkim zycze!

Trzymajcie sie zdrowo!!!

Sunday, May 24, 2020

Nie powinnam narzekac

Tak jak w tytule.

Wczoraj siedzielismy przy obiedzie i ponarzekalismy sobie. Bo mamy za duzo pracy. Ja sie ledwo wyrabiam. Od poniedzialku do piatku na moim dlugodystansowym kontrakcie. A w weekendy w pracy wlasnej. Wiec pracuje na dwa fronty. Chlop podobnie. Poniewaz oboje prowadzimy wlasne "firmy", nie ma dla nas wolnego. Jak praca jest, to trzeba pracowac.

Ale potem przypomnialo mi sie jak podczas jazdy do domu, ile widzialam malych rodzinnych biznesow ktore zbankrutowaly w tym roku. I wstyd mi sie zrobilo, ze ja narzekam, ze nie mam wolnego. Powinnam sie cieszyc, ze nie jestem bezrobotna. Bo taki los, niestety, spotkal bardzo wielu cudzoziemcow w Japonii w tej chwili. Wiec obiecalismy sobie z chlopem, ze nie bedziemy narzekac.

Odnosnie pracy, to od zeszlej srody jedziemy juz normalnie. Stan wyjatkowy u nas w prefekturze sie skonczyl i stan wyjatkowy u nas w biurze tez sie skonczyl. Oczywiscie musimy nosic maski przez caly czas. I dezynfekowac rece alkoholem przy wejsciu do budynku. I mierzyc temperature przy wejsciu do firmy, po czym zapisac wynik mierzenia w specjalnym druczku zdrowia. Wlasnym dlugopisem. Bo czasy dzielenia sie przyborami do pisania u nas minely. Albo przynosi sie wlasne, albo biegnie sie kurcgalopkiem do najblizszego sklepiku kupic dlugopis.

A tak oto kocinka pilnie pracuje z mama:


Wypycha mnie z krzesla i patrzy sie w ekran komputera. Taka mam szefowa w pracy zdalnej.

Bola mnie tez wszystkie miesnie. W zeszla niedziele z tesciowa dalysmy sobie wyzwanie. Robimy dwutygodniowa "Hand Clap" challenge. 15-minutowa wersja. Ale jednak daje w kosc, bo okazalo sie, ze pomimo moich regularnych dlugich spacerow i joggingu, to jednak mam miesnie, o ktorych zapomnialam, ze istnieja. Dzis zrobilam sobie odpoczynek od cwiczen i od razu czuje sie lepiej.

Wczoraj w koncu przyszedl poczta druk do wypelnienia aby otrzymac te obiecane 100,000 jenow zapomogi pandemicznej od rzadu. Ciekawe jak dlugo zajmie urzedowi miasta zrobienie przelewu do nas na konto.

I ciekawe tez kiedy w koncy przyjda te nieszczesne "abenomask".
Abenomask - czyli te dwie obiecane maski wielorazowego uzytku.
Pewnie przyjda jak juz nie bedziemy ich potrzebowac.

Zastanawiam sie tez co zrobic z urlopem w tym roku. Podroze zagraniczne nie wchodza w gre, wiec pozostaje nam Okinawa. Za glowna wyspa Okinawy (tam gdzie jest stolica tej prefektury - miasto Naha) nie przepadam. Ale z drugiej strony, czy jest sens pchania sie na mniejsze wysepki? Czy warto tak ryzykowac w dzisiejszych czasach? Sama juz nie wiem co robic.

Bede miala tydzien wolnego w lipcu, bo wtedy mialy zaczac sie Igrzyska. I bede tez miala tydzien w sierpniu, tak tradycyjnie na Obon. Niefortunny grafik, bo cala Japonia bedzie miala wolne w tym samym czasie. No i wlasnie. Chyba cala Japonia rowniez snuje plany urlopowe do Okinawy.

Z innych wiesci...
W sklepach pojawily sie slodycze o moim ulubionym smaku - czekoladowo - mietowym.



Czyli, znaczy sie, lato oficjalnie sie juz zaczelo. Przynajmniej wedlug handlowcow!

A tu czekoladowo-mietowe lody firmy, ktorej slodycze bardzo lubie. Ich czekoladowe batoniki i inne slodkosci sa tanie i bardzo dobre. Ale nazwa firmy, no nie wiem... Sami zobaczcie.

Black Thunder. ブラックサンダー



Firma twierdzi, ze nazwa byla inspirowana japonskim bogiem gromow, ale dla osob anglojezycznych brzmi (grzmi?) ona bardziej jak pseudonim meskiej gwiazdy filmow XXX.

U nas juz koniec niedzieli, wiec zycze wszystkim milego tygodnia.

Trzymajcie sie zdrowo!

Thursday, May 14, 2020

O Polonii w Japonii

Wczoraj dostalam linka do bardzo interesujacego tematu, jakim jest Polonia w Japonii.
Z Polonia nie mam duzego kontaktu. Nie mieszkam w Tokio, Polska malo sie interesuje, dzieci nie mam, wiec jezyk uzywam tylko do wlasnych potrzeb (jak, np. ten blog). Na co dzien operuje po angielsku i japonsku. A dla zabawy ucze sie hiszpanskiego.

Tradycji nie utrzymuje, bo po co? Zyc bez bigosu i golabkow tez potrafie. Moi znajomi to grono wielo-kulturowe, ale glownie japonskie. Nigdy parcia na znajomosci z Polakami nie mialam. Jak sie trafi, to super. A jak nie, to nie widze problemu. Zycie toczy sie dalej.

Byc moze to wlasnie z powodu tego dystansu, caly temat Polonii jest dla mnie tak bardzo fascynujacy. Ciesze sie, ze sa ludzie, ktorzy podchodza do polskosci na powaznie. Bo mnie by sie nie chcialo. Patrze na dzialalnosc polonijna jak przybysz z innej galaktyki. Z ciekawoscia. Ale na tym sie konczy, bo mam inne, bardziej porywajace, zainteresowania.

Dlatego na publikacje profesor Ewy Palasz-Rutkowskiej w Roczniku Orientalistycznym (na marginesie, co za ohydna nazwa!) spojrzalam wlasnie tak. Z ciekawoscia. Cieszylo mnie to, ze ktos zabral sie za temat japonskiej Polonii na powaznie.

Tutaj link - Polish Diaspora in Japan.

Radosc byla niestety krotkotrwala. Praca ta najwyrazniej byla tlumaczona z polskiego na angielski przez osobe, ktora jak widac, totalnie nie stanela na wysokosci zadania. Nie da sie tego czytac. Ilosc bledow po prostu przeraza. Polska skladnia zdan zywcem przelozona na angielski. Byki gramatyczne, stylistyczne, interpunkcyjne, ktorych nie powinien popelniac zaden srednio-rozgarniety student anglistyki dorabiajacy sobie na boku jako tlumacz.

Zenujace jest to, ze niby tak wysoko postawiona publikcja jak Rocznik Orientalistyczny, przyjmuje prace o tak niskim poziomie jezykowym. Co robi redakcja Rocznika? Czy nikt tego nie czyta? Czy nie maja tam choc jednego native speakera do korekty jezykowej manuskryptow?

Smutne jest to, ze osoba o tak wysokim dorobku naukowym jak profesor Palasz-Rutkowska, moze byc oceniana przez potencjalnych czytelnikow przez pryzmat kulawej angielszczyzny. Bardzo niefajnie. Szczegolnie, jak to powiedziala znajoma tlumaczka, "mam nadzieje, ze pani profesor radzi sobie z japonskim lepiej niz z angielskim."

O poziomie tlumaczen juz kiedys tu na blogu wspominalam. Nie byly to tlumaczenia prac naukowych, wiec latwo bylo sie z nich smiac. Teraz nie jest mi do smiechu. Po prostu mi smutno. Przykro mi, ze nawet w kregach naukowych profesjonalizm w Polsce lezy i kwiczy. Ze nikomu to nie przeszkadza. Ze byle blogerka lajfstajlowa posluguje sie lepsza angielszczyzna niz osoba ktora tlumaczyla tekst prof. Palasz-Rutkowskiej.

I to tyle na dzis.

Wrzucam zdjecia z porannego spaceru.


Takie male bajorko niedaleko.


Po poludniu duzo ludzi tam spaceruje, ale rano jest pusto.


Jest tez sciezka nad rzeka.


Ta miniaturowa, nielegalna dzialka bardzo mnie rozbawila.


I jedyne sluszne chusteczki higieniczne. Oczywiscie zawsze kupuje te "Miaou".

Milego dnia!



Wednesday, May 13, 2020

Jedyna sluszna maska

Jechalam dzis rano do pracy. Moja normalna droga zostala rozrypana podczas jakiejs budowy i musialam zrobic objazd. Nie lubie objazdow. A juz szczegolnie ich nie lubie, kiedy spiesze sie do pracy.

I tak to sobie jade nieznana mi droga, az nagle widze w tyle czerwone blyskajace swiatla. I syrena, dwa krotkie dzwieki i oznajmienie przez glosnik, ze mam sie zatrzymac przy najblizszym skrecie w lewo.

Nie jechalam szybko. Ale teraz widze, ze ograniczenie predkosci to 40 km/godz. Ja jechalam 50. Wpadka.

Zatrzymalam sie, podszedl do mnie pan policjant i byl wyraznie zaskoczony, kiedy zobaczyl za kierownica biala babe. Odeszla mu cala ochota na wlepianie mi mandatu. Za duzo wysilku.
Zamiast mandatu zrugal mnie, ze maski nie mialam na twarzy. Maska wisiala sobie na kolku do zmiany biegow. Powiedzial, ze mam ja zalozyc na twarz i nawet pantomime zrobil, zeby bylo jasne o co mu chodzilo. Dodal, ze mam jezdzic bezpiecznie i sie zmyl. Znaczy sie jechal za mna przez jakis kilometr, i potem sie zmyl.

Zalozylam wiec jedyna sluszna maske i tak to zaczal sie dzis moj dzien.

Te maski zmajstrowala mi kolezanka z Gifu. Ja dostarczylam material, a ona uszyla.


Potem zartowalysmy, ze te czarne wygladaja jak bikini. I teraz na powaznie rozmyslamy nad uszyciem starwarsowego stroju kapielowego.



W pracy mielismy dzis awarie sieci, wiec zebralam wszystko co mi potrzebne i powiedzialam szefowi, ze jade pracowac do domu.

I tak to oto jestem teraz w domu i walcze z nicmisieniechceniem.

W porownaniu z Tochigi, gdzie policja zatrzymywala mnie na okraglo, nawet jak jechalam przepisowo, tutaj to chyba zdarzylo sie dwa razy w ciagu dwoch lat. Nie mam na co narzekac. Za to lapanki z nagonka pod koniec miesiaca, to tu z kolei oczywista oczywistosc. Tego az tak bardzo w Tochigi nie bylo.

A skoro juz o Tochigi mowa, to w sobote bylam znowu u dentysty. I przy okazji wzielam ze soba piknikowy cooler i kupilam pierozki gyoza. Beda dzis na obiad. Plus zimny makaron udon i salatka z ogorkow.



A teraz naprawde musze zabrac sie do pracy...

Nie chce mi sie.
Nie chce mi sie.
Nie chce mi sie....

I chce mi sie.
Chce mi sie.
Chce mi sie.


Te truskawkowo-czekoladowo-mietowe sa boskie!

Wednesday, May 6, 2020

Koniec Zlotego Tygodnia

Ciemno, szaro i buro. I pada. A czasami nawet grzmi.
Wczoraj pochowalam wszystkie grzejniki na olej, dzis jest tak zimno, ze z checia bym je powlaczala. No coz, zamiast tego wlaczylam klime w ustawieniu na "cieplo" i w ten sposob marnuje prad.

Dzis jest ostatni dzien Golden Week'u, ale u nas to nie ma znaczenia. Ja musialam od rana pracowac (wlasnie skonczylam), a chlop tez normalnie w pracy. W jego branzy nie ma wakacji. A raczej, jak jest praca, to trzeba pracowac, bo kto wie, jak dlugo taki luksus bedzie trwal.

W niedziele upieklam sernik. Oczywiscie oklapl, ale tego oczekiwalam. To pierwsze podejscie do sernika w tym piekarniku, i juz mniej wiecej wiem co i jak. Mam nadzieje, ze za kolejnym razem bedzie lepiej.


Oprocz sernika, to chyba byl najgorszy Golden Week w historii Zlotych Tygodni. Pandemia, dwa trzesienia ziemi, awaria internetu, a teraz deszcz i zimno.

Z innych wiesci, moja ulubiona pizzeria w miescie jest na skraju bankructwa. Wyglada na to, ze to jej ostatni tydzien. Wiec jutro i w piatek bedzie pizza. Na wynos, oczywiscie. Dostawy nie robia, ale podjade tam po pracy i odbiore.


Troche pizzy w tym kraju juz zjadlam, i tych drogich, i tanich. Ale ta restauracja robi najlepsze. Takie jak pamietam robione przez moja wloska sasiadke, hen dawno temu w kraju za oceanem.


A w zasadzie to pizze robil jej maz, bo wedlug niego "baby nie nadaja sie do tego." Kwintesencja wloszczyzny.

W tej restauracji tez oczywiscie facet robi te pizze. Tyle, ze nie Wloch. Japonczyk. Ale piec ma importowany z Europy. I podobno tez we Wloszech uczyl sie wloskich sztuk kulinarnych.


W sobote musze jechac do Utsunomiyi skonczyc przygode z ta korona (na zeba). A skoro tam bede, to mam zamiar zabrac ze soba pikinikowy cooler i wypelnic go pierozkami gyoza. Min-min, oczywiscie.

A skoro o jezdzie mowa, to dzis zaplacilam podatek za rejestracje samochodu. 40,000 jenow szlag trafil. W tym roku mam rowniez miec przeglad samochodu i powaznie sie zastanawiam, czy by nie kupic nowego. Oczywiscie uzywanego. Oczywiscie tylko Toyote. Oczywiscie nie kei. Na szczecie Toyota nie produkuje kei. Kei to samochod "lekki", ma zolta tablice rejestracyjna, znizke na podatek rejestracyjny, i bardzo dobre zuzycie paliwa. Ale cos za cos. Kei sa male, malo wygodne, i niestety nie bardzo bezpieczne jesli w cos uderza, lub cos w nie uderzy. A staruszkow uderzajacych w co sie da mamy tu niestety pod dostatkiem.

Tak wiec szukamy uzywanej Toyoty typu mini-van. Ale jakby trafil sie dobry Nissan, to tez byc moze dalabym sie przekonac. Dlaczego uzywany samochod? Bo nie widze potrzeby jezdzenia nowym i jestem fanka recyclingu. Samochod to dla mnie narzedzie, a nie cos, co pokazuje sie sasiadom i znajomym.

Teraz ide polowac na jakies fajne sci-fi podcasty typu audio-drama. Potrzebuje nowych rzeczy do sluchania podczas jazdy do pracy. Jak znacie cos dobrego, to dajcie znac!

Milego dnia!

PS. Moje ulubione herbaty znowu sie pojawily! Znaczy sie, ze to juz oficjalnie lato?