Sunday, August 27, 2017

Raport z Dubaju - czesc 2 - z wizyta w The Burj Club Spa

Czesc pierwsza znajduje sie tutaj.



Planow na Dubai mialam wiele. Oprocz spa i wjazdu na Burj Khalifa, chcialam tez pojechac w okolice Burj Al Arab, zrobic wycieczke motorowka po zatoce, zeby poogladac panorame Dubaju z wody, skoczyc na godzinke na narty i odwiedzic Sephore oraz sklep Inglota w Dubai Mall'u.

Wszystko oprocz spa i Burj Khalifa zostalo skasowane ze wzgledu na pozny przyjazd do Dubaju...

Burj Al Arab moglam zobaczyc tylko na pocztowkach, albo bardzo w oddali i niewyraznie z tarasu widokowego w Burj Khalifa.


A tutaj robione najwiekszym zoomem jaki mialam do dyspozycji:

Nastepnym razem na pewno tam pojade. 
Na pewno!

Do Inglota w koncu dotarlam i na wlasne oczy zobaczylam, ze na Bliskim Wschodzie Inglot kosztuje tyle, co MAC u nas w Japonii... Spasowalam... Poczekam, az kiedys znowu Polske odwiedze, albo bede internetowym przyjaciolkom smedzic.

Swoje dubajskie atrakcje zabukowalam na stronie Get Your Guide. Niestety, nie bede linkowac, bo niestety, nie moge ich uslug polecic.

Tu cena akurat jest znosna. 
Niestety, juz po zaplacie, obsluga klienta pozostawiala duzo do zyczenia.


Dlaczego?
Wygorowane ceny i zerowy poziom obslugi klienta.
Ja rozumiem, ze oni odsprzedaja wycieczki organizowane przez inne firmy. I nie byloby w tym nic dziwnego, jesli od razu z mostu by tak powiedzieli, i ze za swoje uslugi kasuja prowizje.
O nie... Gdzie tam. Zamiast uczciwie (co za przestarzaly koncept! uczciwosc!) to zaprezentowac, oni klamia, ze maja najnizsze ceny, i ze oferuja "gwarancje najnizszych cen".

Przyznam, slepo im uwierzylam. Niestety, potem jak znalazlam nizsza cene na ta sama atrakcje na ten sam dzien o tej samej godzinie, i probowalam sie na owa gwarancje powolac, to powiedzieli mi, ze mam dokladnie przeczytac drobny druczek. A tam, drobnym druczkiem stoi jasno i wyraznie, ze ta nizsza "znaleziona" cena ma byc w tej samej walucie w ktorej zaplate kasuje Get Your Guide. Jak latwo sobie wyobrazic, w Emiratach Arabskich obowiazujaca waluta na cenniku to dirham. Get Your Guide kasowal mnie w dolarach. I to byl koniec tej gwarancji.

Chcialam tez anulowac cala rezerwacje, ale Get Your Guide po prostu ignorowal moje maile. Zupelnie, totalnie ignorowal.

Dlaczego chcialam anulowac?
Bo na dwa dni przed wyjazdem ja nadal nie mialam mojego vouchera na wizyte w spa. Na szczescie wlaczyl mi sie w koncu zdrowy rozsadek i skontaktowalam sie z The Burj Club bezposrednio. Oni rowniez nie mieli mojej rezerwacji. Nie mieli pojecia, ze cos zostalo zabukowane przez Get Your Guide, bo Get Your Guide nic im o tym nie powiedzial.

Voucher dostalam od Get Your Guide dopiero kiedy wskoczylam na Twittera i piana poszla mi z pyska.

Tam bylam - Spa w The Burj Club. 
Po prostu raj na ziemi. 

Kiedy podzielilam sie moja niezbyt pochlebna opinia o Get Your Guide z pania menedzer w The Burj Club, ona powiedziala mi, ze przeciez mozna bylo wyslac maila bezposrednio do Clubu i w ten sposob zabukowac wizyte. No ale skad ja mialam o tym wiedziec? Na stronie Clubu tej atrakcji, ktora chcialam, nie bylo. Ale jak sie okazuje, w Dubaju nie ma nic niemozliwego. Trzeba sie tylko zapytac.

Nauczona tym doswiadczeniem, pustynne safari juz zamawialam bezposrednio u firmy, ktora je organizuje. I w ten sposob zaoszczedzilam sobie ponad 40 dolarow. A taka kwota juz piechota nie chodzi, to przeciez szesc sojowych tall dark mocha chip frappuccino. Chyba nawet na ekstra shot espresso w przynajmniej trzech tez by wystarczylo. Ale o pustynnym safari bedzie innym razem.

A tak przy okazji, dlaczego s'mores frappuccino jest tak diabelnie slodkie w Dubaju? Ohyda!



OK, gdzie ja bylam?

Ah, The Burj Club...
Juz narzekalam w poprzednim odcinku, ze bylam spozniona i nie mialam czasu na robienie zdjec na zewnatrz budynku.

Byc moze uda mi sie pozyczyc zdjecie. A moze nie... Nie wiem.

Zamiast wejscia, tutaj jest zdjecie z recepcji do spa:


Zanim sie ktos przyszaruczkuje, informuje, ze zapytalam sie czy moge zrobic zdjecia i opublikowac na blogu wraz z opisem wizyty. Dostalam pozwolenie na robienie zdjec smartphonem wszedzie tam gdzie mi sie chcialo.

Spa jest tylko jedna z czesci The Burj Club. Oprocz tego jest tam tez normalny klub sportowy, dwa baseny i bar.

Drzwi do budynku otwieraja sie tylko wtedy, kiedy osoba na recepcji przycisnie przycisk. Wtedy mozna wejsc.
Weszlam.
Bardzo mila pani zaoferowala mi cos do picia i poprosila aby usiasc. Jedna z pan mendzerek (a jest ich dwie, i nazywaja sie Nicola i Nicole, wcale nie zartuje) przyszla aby sie ze mna przywitac. Ona byla z Poludniowej Afryki, wiec od razu mialysmy o czym rozmawiac. Osobiscie odstawila mnie do recepcji spa, przedstawila mi moja terapeutke i oprowadzila po wlosciach.

Nicola pokazala mi jak uzywac schowkow, ale oczywiscie, jak tylko sie przebralam i szafke zamknelam, to natychmiast zapomnialam jaka kombinacje cyfrowa wybralam. Bo bardziej ekscytujace mysli zaprzataly mi glowe. Niestety pozniej, jak byl czas sie ubrac, to trzeba bylo wolac po pomoc z obslugi budynku, zeby "wlamali" sie do mojej szafki.

Sporo szafek bylo w uzyciu, wiec nie bylam jedyna osoba w damskiej czesci klubu, jednak wydawalo sie, ze mialam cale pietro tylko i wylacznie dla siebie.


Kazda z tych toaletek byla wyposazona w doslownie wszystko. W szufladach byly suszarki, jak i lokowki / prostownice.

W szafkach znajdowaly sie szlafroki, laczki i majtki jednorazowego uzytku. Swieze, wielkie reczniki byly dostepne doslownie na kazdym kroku.


A wszystko czysciutkie i milutkie dla oka.
Prysznicow w spa sa dwa rodzaje. Jeden "normalny" choc dosyc high-tech, z pokretlami i wajchami. A drugi rodzaj, bardzo eksperymentalny, z selekcja taka jak, na przyklad: Burza na Karaibach, Tropikalny Deszcz, Niagara, itd. Te prysznice serwowane sa z efektami swietlnymi i dzwiekowymi. Naciskajac rozne przyciski, niechcacy umylam sobie wlosy burza na Karaibach.
Przypominaly mi one cos rodem ze Star Trek. Az chcialo sie powiedziec "Computer, tropical rain, please."

Chcialam tez doswiadczyc steam room'u (cos w rodzaju sauny), ale nie dosc, ze bylam spozniona, to jeszcze zachowywalam sie jak totalna wiesniaczka w wielkim miescie. Steam room bedzie musial poczekac, choc oczywiscie zrobilam mu zdjecie.



A potem grzecznie podreptalam na lezanki, zeby sie zrelaksowac przed masazem.

No to sie relaksujemy!


Jak widac dubajskie temperatury zrobily niezly numer mojemu tradzikowi rozowatemu.
To na polikach to nie opalenizna. 
To rosacea, ktora zawsze sie zaostrza przy zmianie temperatur.

Choc slynnym zabiegiem tego spa jest facial, ja wybralam masaz. Jestem bardzo wybiorcza jesli chodzi o twarz. Nie mam watpliwosci, ze facial bylby wspanialy, ale nie mialam ochoty ryzykowac. Szczegolnie, ze The Burj Club Spa ma wlasna linie kosmetykow pielegnacyjnych. Nie chcialam spedzic reszty wakacji z pizza zamiast twarzy.

Tak wiec, wybralam godzinny masaz. Po dlugim locie (w klasie ekonomicznej, dopiero w drodze do domu lecialam biznesowa), nalezalo mi sie troche blogiego odpoczynku.

Bylam w wystarczajaco wielu japonskich spach i esthe salonach roznej masci, i w Japonii dobre zabiegi pielegnacyjne, jak i masaze wykonane przez terapeutow z odpowiednia licencja, kosztuja sporo monet. Tak sporo, ze w porownaniu z Japonia, cena w The Burj Club wydawala mi sie smiesznie niska. 125 dolarow za godzinny zabieg w luksusowym spa w jednym z najbardziej slynnych miejsc na swiecie? Ha! Powinnam byla zabukowac dwie godziny.

W miedzyczasie ja sie relaksowalam i podziwialam widoki przez okno.


Dostalam owocki i napoj, a nawet dwa, i nadal sie relaksowalam. Czulam sie jak ksiezniczka naokolo ktorej wszyscy skacza, zeby jej dogodzic. Moglabym tak zyc!


Moja pani terapeutka (za chiny ludowe nie pamietam jak miala na imie, utknelo mi tylko to, ze byla z Kenii i poprzednio pracowala w spa w jakims hotelu w Jumeirah) przyniosla mi ta karte do wypelnienia:


Pytania dotyczyly przeciwwskazan medycznych i oczekiwan odnosnie zabukowanej sesji. Karte wypelnilam, podziwialam widoki i chyba po prostu zasnelam.


W miedzyczasie moj pokoj zabiegowy bye przygotowywany.


Aromaterapia, muzyka, swiatlo, wszystko wedle upodoban goscia. A gosciem przeciez bylam ja!


Dostalam zestaw olejkow do powachania aby wybrac jeden. To byl chyba najslabszy punkt programu. Ja jestem dosyc wyczulona na zapachy i wole raczej te lagodne. Tutaj dwa warianty byly zdecydowanie silnie arabskie. Przynajmniej takie skojarzenia mialam z tymi zapachami. Jeden byl bardzo ziolowy, prawie "hanbang". I ostatni pachnial mi po prostu Japonia. Nuty zielonej herbaty i czegos tam jeszcze. Oczywiscie wybralam ten "japonski".

Polozylam sie na lezance, twarza w dol. Z nosa zaczelo mi kapac. Poprosilam o chusteczki higieniczne, zwinelam je w rolki, wepchnelam do nozdrzy i mialam spokoj. A pani terapeutka zabrala sie do pracy.
Lecz zanim zaczela mnie ugniatac, zadala serie pytan:

  • Jakich czesci ciala unikac?
  • Na jakich czesciach ciala sie skupic?
  • Jaki nacisk uzywac?
  • Czy chce masaz glowy? (Duh! Co za glupie pytanie! Oczywiscie, ze chce!)


Zamknelam oczy i tak zaczela sie moja godzina. Wszystko inne to czas do wlasnej dyspozycji, ktory nie jest wliczony w dlugosc zamowionej wizyty. Odliczanie zaczyna sie w chwili, w ktorej pani terapeutka zaczyna nad nami pracowac.

I powiem tyle. Byla to chyba jedna z najlepiej spedzonych godzin w moim zyciu. Ona naprawde wiedziala co robi. Jak sie potem okazalo, ma trzy rozne licencje jako terapeutka masazu. Nie ma porownania z japonskimi esthe, gdzie panie cos tam pogniota, ale tak w sumie to nie bardzo wiedza na czym to polega.

Kiedy moja godzina minela, a ja wrocilam do rzeczywistosci, bylam bardzo nieszczesliwa. Chcialam wiecej. I bylam juz nawet gotowa zabukowac ten nieszczesny facial na ten sam wieczor (choc nie lubie jak mi inni twarz dotykaja), ale w ostatniej chwili odzyskalam zdrowy rozsadek. Mialam przeciez inny plan na wieczor. Juz nawet oplacony.



Trzeba bylo sie zbierac.
Kiedy ja siedzialam pod prysznicem (normalnym tym razem), pan z security "wlamywal" sie do mojej szafki. A kiedy juz bylam ubrana i gotowa na przebywanie wsrod ludzi, Nicola (pani menedzer) powiedziala mojej terapeutce, zeby zabrac mnie na wycieczke calego obiektu. A obiekt ten, jak sie okazalo, jest bardzo pokaznych rozmiarow.

Health cluby (silownie, czy jak je tam zwal) sa w zasadzie dwa. Jeden mieszany, a drugi wylacznie dla pan.


Baseny rowniez sa dwa. Jeden wewnatrz budynku, ma 25 metrow, w poniedzialki jest wylacznie dla pan.


Moglam korzystac z basenow, nawet mi to zasugerowano, ale po prostu nie mialam juz czasu.

Drugi basen jest odkryty i znajduje sie na dachu.
Tutaj, co o nim jest napisane, na stronie The Burj Club:


Jest tam i basen i bar, i juice bar i widoki na Dubaj i na Burj Khalifa.
Tez zaproszono mnie do skorzystania, ale nie wyszlo. Choc przyznam szczerze, mialam wielka ochote. Co mnie skutecznie zniechecilo to fakt, ze basen byl akurat w uzyciu przez grupe rosyjskich osilkow wraz z ich sztucznie napompowanymi, usmazonymi na sloncu i ociekajacymi olejem kobietami. Niestety, nie odnajduje sie w takim towarzystwie.
Jak bylo widac, kasy mozna miec w brod, a klasy wcale. Ja tam wole towarzystwo bardziej podobne do mnie, bez kasy i bez klasy.

Ale widoki byly swietne.


Zdjec w strone Burj Khalifa nie bardzo moglam robic, bo akurat ta czesc byla zajeta przez rosyjskich goryli. Wolalam ich nie draznic.

Mozna usiasc i zamowic drinka.



Mozna patrzec na swiat.


Bardzo chcialam usiasc, ale zanim sie zorientowalam, byla juz prawie czwarta po poludniu i ja musialam gnac do mojej kolejnej "atrakcji". Ponad trzy godziny minely jak z bicza strzelil. Oczywiscie znowu bylam spozniona, wiec zapytalam sie Nicoli czy istnieje mozliwosc przejscia do Visitors' Desk w Burj Khalifa jakimis tajemnymi korytarzami na skroty.
Pewnie, ze istniala! Bylam tam, gdzie mialam byc w mniej wiecej piec minut.

Podsumowujac...

Chce tam wrocic. Zamowic ten facial. Nawet jak mi twarz zezre, to uwazam, ze dla samych widokow warto pocierpiec.


I na pewno tam wroce. Juz kombinuje jakby zorganizowac troche wolnego w grudniu i uciec od okropnych japonskich zimowych temperatur. Bo co jak co, ale zimy w moim kawalku Japonii to koszmarek.

Ja wole takie klimaty:


Przez caly rok.

3 comments:

  1. Strasznie zabawnie piszesz:)
    a w kwestii Inglota,chętnie pomogę.
    czubacz

    ReplyDelete
  2. Wcale Ci się nie dziwię, że marzysz o takiej ucieczce w grudniu :))

    Co do Rosjan, to od razu przypomina mi się urlop na Kos. Unikałam tych grup jak tylko mogłam ;)
    Zabieram się za maila, wybacz poślizg ;) i od razu mówię, że wszystko jest do zrealizowania :D

    ReplyDelete
  3. Wczoraj byłam w Inglocie, trzeba było dzwonić;) Jak coś, to też mogę pomóc:)

    ReplyDelete

Komentarze sa moderowane.
Bardzo prosze o podpisywanie komentarzy.
Anonimowe beda usuwane. Bez wyjatkow.