Sunday, June 25, 2017

Czy rankingi portalu @Cosme sa warte uwagi?

Hmmm... To zalezy od tego czy jestesmy producentem, marketingowcem, sprzedawca lub konsumentem.

Ale zacznijmy od poczatku.

@Cosme to japonski portal kosmetyczny, ktory w tej chwili zajmuje sie wszystkim, od recenzji kosmetykow po sprzedaz produktow. Dwa razy do roku publikuje on bardzo "prestizowe" nagrody dla najlepszych kosmetykow w kilkunastu roznych kategoriach.

image: @cosme

Kosmetyki nagrodzone w tym rankingu dostaja specjalna nalepke na opakowaniach i natychmiast wysuwaja sie na samo czolo najlepiej sprzedajacych sie produktow w Japonii.


Taka nalepka dla producenta jest na wage zlota.
W wielu sklepach nagrodzone kosmetyki ustawiane sa na specjalnych polkach wedlug miejsca, ktore zajely w rankingu @Cosme. Produkty te eksponowane sa w najbardziej widocznych czesciach sklepow, tam gdzie musi przejsc obok nich kazdy kupujacy.



Nalepka rankingu @Cosme wzbudza ogromne zaufanie klienta i daje wrazenie, ze kosmetyki te sa swietne, najlepsze z najlepszych, godne natychmiastowego zakupu w ciemno.



Zaufanie wzbudza tak ogromne, ze rankingowe "nalepkarstwo" znalazlo wielu nasladowcow. Byle produkt ma teraz nalepke z miejscem, ktore zdobyl w rankingu Rakutenu, Yahoo Japan, czy pisma Maquia. Niektore z tych nalepek do zludzenia przypominaja @Cosme.

Kiedy @Cosme publikuje swoje polroczne i roczne nagrody dla "najlepszych" kosmetykow, Japonki zwracaja uwage. Inne strony internetowe polecaja nagradzane produkty. Blogerki bloguja o nagradzanych produktach. Pisma babskie pisza o nagradzanych produktach. A w rezultatcie, sklepy (w tym rowniez wlasne sklepy @Cosme) sprzedaja tony nagradzanych produktow. Producenci zacieraja rece, a marketingowcy juz planuja kolejne kampanie promocyjne.



Nie tylko blogerki japonskie pilnie zwracaja uwage.

Fanki azjatyckich produktow na zachodzie rowniez z niecierpliwoscia czekaja na coroczne rezultaty rankingow. Japonskie kosmetyki nagradzane przez @Cosme natychmiast awansuja do statusu "kultowych" w zachodnich kregach fanow azjatyckiej pielegnacji.



Te same fanki bardzo wygodnie ignoruja fakt, ze @Cosme nagradza kosmetyki bez wzgledu na kraj produkcji. Ironia jest to, ze w wielu kategoriach to wlasnie produkty zachodnie stoja na czolowych miejscach.

Kilka lat temu wszyscy z niecierpliwoscia czekali na tlumaczenia rezultatow przez dwujezycznych blogerow, takich jak na przyklad Ratzilla.
Teraz, choc Ratzilla nadal publikuje listy nagradzanych produktow, rezultaty latwo sprawdzic samemu, bo @Cosme jest juz dostepne rowniez po angielsku - link.
Angielska wersja portalu jest bardzo uboga w porownaniu z japonska, ale pokazuje, ze firma na powaznie traktuje rozwoj na rynkach miedzynarodowych.

@Cosme ma juz swoje filie w innych krajach Azji, a teraz ostrzy sobie zabki na Ameryke.

"I swietnie," wiele osob pewnie powie.
"W koncu jakies rzetelne zrodlo informacji o japonskich kosmetykach," inni dodadza.

Ale nie tak hop siup szybko. Bo jesli blizej przyjrzymy sie rankingowi @Cosme, to nagle okazuje sie, ze pozory myla i ze sprawa sie nieco bardziej komplikuje.



Zacznijmy od tego, jak odbywa sie selekcja tych "najlepszych" produktow.

Tylko "nowosci" w danym polroczu na rynku kosmetycznym kwalifikuja sie do rankingu. Czyli, aby wiazc udzial w czerwcowym rankingu, kosmetyki musza byc wypuszczone do sprzedazy po 1 listopada, 2016 i przed 30 kwietnia, 2017.

A sama nagroda kalkulowana jest na podstawie ilosci opublikowanych recenzji na portalu @Cosme wraz z iloscia punktow (gwiazdek), ktore kazdy produkt zdobywa od czytelnikow.

Taaaa... wybor "najlepszych" odbywa sie na podstawie danych, ktore bardzo latwo manipulowac. Recenzje przeciez pisac moze kazdy, niekoniecznie osoby uzywajace danych produktow. Schemat popularny na bardzo wielu portalach handlowych i stronach bardzo wielu firm. Hello, Sephora...

Ale zeby te setki ludzi klikaly, najpierw trzeba produkt jakos wypromowac.

I tutaj warto spojrzec na firme iStyle, ktora jest wlascicielem portalu @Cosme.  A czym zajmuje sie iStyle? Swiadczy uslugi marketingowe dla producentow kosmetykow. Jedna ze spolek zaleznych koncernu iStyle jest rowniez agencja reklamowa, ktora specjalizuje sie w produktach i trendach dla kobiet. No i oczywiscie, iStyle zajmuje sie rowniez sprzedaza detaliczna kosmetykow.

To nie przypadek, ze produkty nagradzane przez @Cosme sa bardzo intensywnie promowane podczas polrocza pod koniec ktorego wygrywaja. To nie jest teoria spiskowa. Po prostu producenci kosmetyczni zlecaja iStyle uslugi marketingowe, zeby produkty wypromowac i wisienka na torcie tej promocji sa czolowe miejsca w rankingu @Cosme.

Z tej tez przyczyny dochodzi do czasem absurdalnych zagrywek, aby "stary" produkt, ktory jest juz na rynku od paru lat "odnowic" i wypuscic do sprzedazy jako nowy. Zazwyczaj jest to po prostu zmiana nazwy kosmetyku, lub jego opakowania (w czym producenci japonscy sie lubuja i wiernie praktykuja co sezon). Kosmetyk jest ten sam, ale w nowej szacie graficznej jest "nowy" i wobec tego kwalifikuje sie do rankingu @Cosme. Producent zleca marketing iStyle, i iStyle robi reszte.


I tak powstaje prestizowy ranking najlepszych produktow wedlug portalu @Cosme. Marketing 101.

Czy mam jakies kosmetyki nagrodzone w rankingu pierwszego polrocza 2017?
Tak. Mam dwa filtry.

Na pierwszym miejscu uplasowal sie ten:


Decorte Sun Shelter Multi Protection SPF50+ PA++++ od Cosme Decorte (czyli Kose).

Na drugim miejscu jest ten:


Nivea Sun Creme Care UV Cream SPF50+ PA++++ (to jest produkt japonski, robiony w Japonii na tutejszy rynek).

Mam tez ten podklad, ktory w rankingu podkladow jest na drugim miejscu:



Kate Secret Skin Maker Zero The Base Zero, moj jest w odcieniu 00.

Mam tez wszystkie trzy body washe i wszystkie trzy nagrodzone produkty w kategorii masek w plachcie. Wszystkie rzeczy kupilam zanim ranking @Cosme zostal opublikowany.

Sa w porzadku, ale naprawde nic nadzwyczajnego.

Saturday, June 17, 2017

Obalanie mitow czesc 2 - dlaczego Japonki sie nie starzeja


czesc 1 tutaj - link



Dzis druga czesc o "eksperckich" opiniach "japonskiego kosmetologa", bo za takiego uwaza sie pani Dominika Szczechowicz.

Czytelniczka, ktora prosila o wyjasnienie sprawy 10-krokowej japonskiej pielegnacji (ktora w rzeczywistosci nie istnieje, a ktora wedlug pani Dominiki jest codziennym "rytualem" Japonek), podeslala mi tego linka.

Zacznijmy moze od najbanalniejszego faktu - Japonki sie starzeja. Wygladaja na swoj wiek. To, ze nasze zachodnie oczy nie potrafia tego wieku odczytac, to juz zupelnie inna sprawa. Japonka potrafi prawidlowo odgadnac ile lat ma inna Japonka, poniewaz dla siebie wygladaja na swoj wiek i jest to dla nich oczywiste.

Nawet nasze zachodnie oczy po kilku latach w Japonii potrafia sie dostosowac. I nagle i dla nas czterdziestoletnie Japonki wygladaja na swoje czterdziesci lat. To ze ubieraja sie inaczej, maluja sie inaczej i zachowuja sie jak chichoczace nastolatki nawet w wieku srednim, nie znaczy, ze sie nie starzeja. Przypadkowi turysci (albo jak widac, nawet pani "japonska kosmetolog") tego nie dostrzegaja, bo po prostu nie maja skali porownawczej.

Artykul podlinkowany powyzej promuje warsztaty prowadzone przez pania Dominike na temat japonskiego sposobu dbania o zdrowie i urode.


Najbardziej w tym artykule o japonskim sposobie dbania o urode zafascynowaly mnie zdjecia, ponoc z warsztatow pani Dominiki wlasnie.

A na zdjeciach... koreanskie produkty? Koreanski krem? Koreanskie maski plachtowe? Zaraz, zaraz, to mialo byc o japonskim dbaniu o urode? Bo co jak co, ale Japonki generalnie nie uzywaja koreanskich produktow pielegnacyjnych. Maja wystarczajaco duzo swoich wlasnych produkowanych na miejscu. Nie wspominajac juz o rzeszach japonskich kobiet, ktore celowo unikaja produktow koreanskich, bo uwazaja je za mierne jakosciowo. Unikanie jest latwe, bo poza duzymi miastami koreanskie kosmetyki nie sa dostepne stacjonarnie.

Ale nie wiem, ekspertka nie jestem... Mozliwe, ze sie nie znam...
Mozliwe tez, ze choc twierdzi, ze uczy sie jezyka japonskiego, pani Dominika nie dotarla jeszcze do lekcji o podstawach japonskiego pisma. Wtedy moglaby rozroznic koreanski hangul od skryptow japonskich.

Co jeszcze na zdjeciach?
Jak na kosmetologa "japonskiego" to raczej zenujaca selekcja kosmetykow niskiej jakosci.

Ale przejdzmy do slow pani Dominiki, bo sa one bardzo interesujace.
Twierdzi ona bowiem, ze:


Pomijajac juz fakt, ze Azja to najwiekszy kontynent swiata i znajduje sie tam 50 roznych krajow (tak, sprawdzilam dane), i ze kosmetyczka kobiety z Pakistanu bedzie zupelnie inna niz kobiety z Korei, niz kobiety z Uzbekistanu, niz kobiety z Jordanii (tak, to tez Azja), niz kobiety z Chin, niz kobiety z Laosu, niz kobiety z Japonii, to po prostu myslalam, ze ta wypowiedz to zart.

Zart. Nadal mam nadzieje, ze to zart. Bo chyba zadna kobieta, ktora spedzila wiecej niz dwa tygodnie w Japonii, odwiedzila kilka drogerii, lub nawet toalet w domach handlowych, nie wzielaby stwierdzenia pani Dominiki na powaznie.



Japonki sie pudruja. Pudruja sie o wiele za duzo. Puder to jeden z najbardziej podstawowych i ulubionych kosmetykow Japonek. Polki drogeryjne uginaja sie od pudrow wszelakiego rodzaju: prasowanych podkladowych, prasowanych utrawalajacych, prasowanych wykonczeniowych, prasowanych przeciwslonecznych, sypkich wykonczeniowych, sypkich utrwalajacych, sypkich z kolorem i bez, i tak bez konca. Kazda marka kolorowa ma w swojej ofercie puder.



Pudry te widac w codziennym uzyciu w publicznych toaletach, gdzie Japonki namietnie poprawiaja swoje makijaze, w pociagach i metrach, gdzie Japonki namietnie poprawiaja swoje makijaze (do tego stopnia, ze jedna z reklam Tokyu Corp o manierach w pociagach jest wlasnie o malowaniu sie podczas jazdy). Japonki pudruja sie w restauracjach, czesto zaraz przy stoliku, bo komu by sie chcialo fatygowac do toalety; na peronach czekajac na pociagi; wyciagaja puderniczke stojac w kolejce w banku. Puder jest wszedzie. Szczegolnie latem, kiedy jest on kosmetykiem niezbednym przy japonskiej wilgotnosci powietrza i nieludzkich temperaturach.



Mozliwe, ze pani Dominika po prostu nie zdaje sobie sprawy z tego co znaczy slowo パウダー na opakowaniu?
A moze dlatego nie widziala pudrow na japonskich toaletkach, bo niemal kazda Japonka nosi puder w torebce.

Z ciekawosci zapytalam sie 30 kobiet w pracy czy:

  1. uzywaja pudru kazdego dnia, i 
  2. maja przy sobie puder.


Na pierwsze pytanie odpowiedzialo "Tak" 24 kobiety (przedzial wiekowy od 21 do 61 lat).
Na drugie pytanie odpowiedzialo "Tak" 27 kobiet.
Trzy, ktore nosza przy sobie, a nie uzywaja codziennie, przyznaly sie, ze nie maja czasu na pudrowanie, ze robia to w weekendy i inne nie-pracujace okazje.

Pudry wymienione przez moje wspolpracowniczki to: Kate, Dior, Dior Snow, Cle de Peau, Maquillage, Esprique, Canmake, Nars, Laura Mercier i pare innych, zarowno sypkie, jak i prasowane.



I czy nie znajdziemy w japonskiej kosmetyczce calej gamy kosmetykow kolorowych? Oczywiscie, ze znajdziemy. Ale jest to preferencja indywidualna. Tak jak i w Polsce, sa kobiety ktore potrzebuja dziesieciu palet, i sa kobiety, ktore maja jedna. Az dziwne, ze pani kosmetolog tego nie wie.

Gdzie indziej pani Dominika twierdzi, ze Japonki maja jeden krem do twarzy, ale dobry. Ilustrowane jest to zdjeciem kremu marki Missha, ktory nie jest ani japonski, ani dobry.

Kolezanka z pracy, ktorej przetlumaczylam artykul podejrzewa, ze przyczyna tego bledu sa slowa "All-in-One" na bardzo wielu japonskich kremach, ktore to slowa pani Dominika wziela ciut zbyt doslownie.

Pani Dominika dzieli sie rowniez madrosciami na temat diety Japonek.
Tutaj przyklad:


Japonki nie maja problemu z waga? Dziwne w takim razie, ze w 2016 roku po obowiazkowych badaniach uczniow w szkolach srednich, Ministerstwo Edukacji oswiadczylo, ze licealistki w mojej prefekturze naleza do najbardziej otylych w calej Japonii, i ze lokalne wladze maja cos z tym fantem zrobic.

Jedna z sugestii bylo redukowanie ilosci ryzu w posilkach w kafeteriach.

Po corocznych badaniach lekarskich w moim miejscu pracy rowniez musielismy sluchac wykladu, ze z roku na rok pracownicy robia sie coraz bardziej otyli. Dietetyk prowadzacy wyklady na temat zdrowego odzywiania juz na samym poczatku wspomnial, ze to nie tylko wina braku ruchu, ale rowniez diety w ktorej przewazaja weglowodany i rzeczy smazone. Sugerowal zmniejszenie ilosci spozywanego ryzu (ktory tutaj je sie trzy razy dziennie) i makaronow (glownie ramen) i ograniczenie alkoholu.

Pani Dominika rowniez twierdzi, ze Japonczycy sa szczupli, bo nie jedza na ulicach i ze to wlasnie dlatego nie ma tutaj koszy na smieci:


Hmmm... Najwyrazniej pani Dominika nigdy nie miala okazji obserwowania licealistow jadacych rano do szkoly i jedzacych: podczas jazdy rowerem, podczas marszu na stacje, na peronie czekajac na pociag, ukradkiem w pociagu, choc niby nie wolno, podczas czekania na autobus i w wielu innych miejscach.
Japonia to kraj jak kazdy inny, i pomimo tego, ze zasady dobrego zachowania nakazuja, aby nie poruszac sie i jesc w tym samym czasie, to zadziwiajaco wiele osob i tak to robi. A papierowych kubkow nie zobaczysz, bo wiekszosc osob nosi ze soba termosy z ktorych pije.

Koszy na smieci na ulicach nie ma z innych powodow (kiedys byly, ale pod koniec lat 90-tych zniknely), ale zeby sie dowiedziec dlaczego, trzeba tych informacji poszukac, a kto ma na to czas, nieprawdaz?


A tutaj moj ulubiony mit na temat fitnessu Japonek:


"W miastach nie ma mozliwosci poruszania sie autem..." Taaak...
Tak jak na przyklad na ulicach zwyklej prefekturalnej stolicy:


O dziwo, sa chodniki (czesto ich nie ma), ale tych "chodzacych" Japonek jakos nie widze. Nie widze tez rowerow. Widze za to samochody.


Na koniec dzisiejszego odcinka niepozorny cytat, ktory nie tylko odslania brak wiedzy pani Dominiki na temat realiow japonskich, ale rowniez pokazuje, ze nie potrafi ona przeprowadzic najbardziej elementarnego riserczu:



"Dieta w pojeciu Japonek ma niewiele wspolnego z zachodnim glodzeniem sie..."

Droga pani "espertko", dieta dla Japonek to PRZEDE WSZYSTKIM glodzenie sie. I lykanie suplementow odchudzajacych.
Problem ten dotyka nie tylko kobiet, ale rowniez i mezczyzn.
Jest to sprawa tak normalna, ze do tej pory przeprowadzono bardzo malo badan na ten temat. Ale nawet te ktore przeprowadzono sa dosyc szokujace.
Niezdrowa relacje z jedzeniem maja juz dziewczynki w szkolach podstawowych.
Przypadki anoreksji leczonej szpitalnie wzrosly pieciokrotnie w ciagu ostatnich 20 lat. I mowimy tu o tych pacjentach, ktorzy wyladowali w szpitalach - link.
Jaki procent populacji glodzi sie kazdego dnia? Jest na granicy anoreksji? Funkcjonuje z anoreksja? Na ten temat nie ma w chwili obecnej solidnych danych.
Jednak problem jest na tyle widoczny, ze poszczegolne prefektury biora sprawy w swoje rece, ze szczegolnym naciskiem na mlodziez licealna i gimnazjalna.

Jest to naprawde smutne, ze osoba lansujaca sie na ekspertke w dziedzinie japonszczyny prezentuje tak niski poziom wiedzy na ten temat. A jeszcze smutniejsze jest to, ze kasuje ona pieniadze za dzielenie sie swoja niewiedza.

c. d. n.

Thursday, June 15, 2017

Obalanie mitow czesc 1 - japonski styl zycia

Nie mialam w planach pisania trzy dni pod rzad. Ale email od czytelniczki z pytaniem o te nieszczesne 10 krokow (lub 15 krokow, jak kto woli) azjatyckiej pielegnacji zmusil mnie do odpowiedzi.

W swoim mailu czytelniczka pisze tak:

"Aniu, ta pani jest kosmetologiem japonskim i wedlug niej Japonki stosuja 10-etapowa pielegnacje. Jedna z Was nie ma racji. Chcialabym wiedziec, ktora."

Pierwsza mysl, ktora przyszla mi do glowy to "owa pani kosmetolog na bank nie jest Japonka", a druga mysl "w Japonii nie mieszka i raczej malo sie orientuje w realiach japonskich kobiet."

Okazalo sie, ze obie mysli trafily w dziesiatke.

Pozostala jeszcze tajemnica "bycia japonskim kosmetologiem", ale i to byc moze nie do konca jest tak, jak owa kosmetolog-blogerka to przedstawia.

Czytelniczka dolaczyla pare linkow, w tym do polskojezycznego bloga "japonskiej kosmetolog" i dodala, ze chcialaby wiedziec, czy warto zapisac sie na warsztaty prowadzone przez ta pania.

Wskoczylam na pierwszego linka - do bloga, ktory okazal sie wspanialym zrodlem niewiedzy.
Sam podtytul juz byl oznaka, ze zawartosc bloga malo bedzie miala wspolnego z japonska rzeczywistoscia - "Japonia to nie miejsce, to styl zycia."

Ciekawa jestem, o jaki styl zycia autorce bloga (owej japonskiej kosmetolog), pani Dominice Szczechowicz, chodzilo.

Czy o ten, ktorym zyja przecietne Japonki kazdego dnia?

I ktory wyglada mniej wiecej tak:

  • - wstan rano przed wszystkimi, zacznij robic sniadanie dla rodziny,
  • - sprawdz czy maz ubiera sie w czysta koszule, bo on jest tak zmeczony i ledwo zywy, ze nie raz nawet nie spojrzal, kiedy zlapal wczorajsza,
  • - wsadz mu do reki torbe z lunchem, ktory przygotowalas wczoraj wieczorem,
  • - obudz dzieci, ubierz dzieci, nakarm dzieci,
  • - w miedzyczasie sama cos zjedz, ubierz sie i umaluj (jesli starczy ci na to czasu),
  • - zapakuj dzieci do samochodu, dwa razy sprawdz czy maja ze soba wszystkie torby i plecaki i zawiez na przystanek, gdzie odbierze je autobus do przedszkola,
  • - jesli dzieci ida do szkoly i masz nieszczescie akurat w tym tygodniu pilnowania przejscia do pieszych podczas ich marszu, gnaj na zlamanie karku, bo i tak juz jestes spozniona,
  • - gdy dzieci sa odstawione do przedszkola lub szkoly, wskakuj w samochod i jedz do pracy, 
  • - pracujesz albo na pol etatu, zeby byc w domu, kiedy dzieci wracaja ze szkoly, lub na caly etat, jesli zainwestowalas w wyzsza edukacje typu medycyna, farmacja, pielegniarstwo lub nauczycielstwo,
  • - w pracy staraj sie nie upasc na twarz z niewyspania,
  • - po pracy gnaj odebrac dzieci, 
  • - po drodze na lekcje gry na pianinie lub karate, lub angielskiego, nakarm dzieci czymkolwiek masz pod reka w samochodzie,
  • - mlodsza idzie na pianino, a starsza na korepetycje, bo inaczej nie dostanie sie do dobrego gimnazjum, a juz jestescie spoznione na lekcje,
  • - kiedy dzieci sa na zajeciach, ty pedzisz do supermarketu kupic cos na obiad, najczesciej sa to gotowce, 


  • - bo nie masz ani sily ani czasu gotowac od zera,


  • - po drodze by odebrac dzieci, zatrzymujesz sie w pralni, bo garnitury meza same sie nie wyczyszcza,
  • - dzieci marudza, ze sa glodne, wiec zatrzymujesz sie w albo w McDonaldzie, lub sieciowce typu Sukiya, zeby je nakarmic,
  • - jesli nawet na takie jedzenie nie macie czasu, wtedy wpadacie do 7-11,
  • - mlodszej cieknie z nosa i narzeka, ze boli ja gardlo, przygotowujesz sie mentalnie na nocna wycieczke do szpitala,
  • - tkwicie w korku, bo wbrew wyobrazeniom cudzoziemcow, w twoim miescie komunikacja miejska w zasadzie nie istnieje, bez samochodu to jak bez reki, 
  • - a nawet jakby komunikacja miejska istniala, to ty nie masz na nia czasu,
  • - wracacie do domu, przygotowujesz kapiel, przekladasz gotowce z supermarketu w miski i na talerze, i klniesz pod nosem, bo okazalo sie, ze rano zapomnialas wlaczyc gotowarke do ryzu,


  • - w myslach dziekujesz wszechswiatowi za gotowce,



  • - ryz sie gotuje kiedy ty z dziecmi bierzesz kapiel,
  • - szorujesz jedna reka glowe corce, a druga zmywasz wlasny makijaz (po to trzymasz olej do mycia pod prysznicem), nie masz czasu na nic innego,
  • - nie masz czasu, zeby relaksowac sie w wannie, wyskakujecie po kilku minutach, wode zostawiasz dla meza, choc on pewnie bedzie tak zmeczony, ze z ledwoscia zaciagnie sie pod prysznic,
  • - kiedy dzieci walcza o reczniki, ty lapiesz butelke z tonikiem i zaraz potem, jesli masz na to czas, krem all-in-one,
  • - dzieci ubrane w pizamy domagaja sie jedzenia, pomocy w odrabianiu prac domowych, spakowania na dzien jutrzejszy, podpisania swistkow do szkoly, kupna materialow na zajecia z niewiadomo czego,
  • - robisz zupe miso z paczki, bo nie masz czasu na nic innego, 
  • - kiedy dzieci jedza (bardzo czesto przed telewizorem), ty wpychasz w usta cokolwiek masz pod reka i zaczynasz przygotowywac lunch na dzien nastepny,
  • - marzysz o tym, by miec choc chwile ciszy,
  • - mimo ze jest juz pozno, ty nie masz wyboru, szybko odkurzasz choc jeden pokoj,
  • - sprzatasz, tak po lebkach, jeden pokoj dziennie, na wiecej czasu brak,
  • - przygotowujesz dzieci na jutro do szkoly i w tym samym czasie zmuszasz je do mycia zebow, 
  • - corce nadal z nosa cieknie, ale na szczescie nie ma goraczki,
  • - nie rozkladasz futonow, bo sa one permanentnie na podlodze w drugim pokoju, juz dawno temu przestalas je skladac kazdego ranka,
  • - kladziesz dzieci spac, a one zamiast grzecznie zasnac, walcza o ulubiona gre na DS i blagaja cie o psa,
  • - pralka wlasnie zakonczyla cykl, wiec zaczynasz wieszac mokre pranie, 
  • - oczywiscie nie na balkonie, bo bedzie padac w nocy, a w duzym pokoju,
  • - sprzatasz kuchnie, ladujesz zmywarke, robisz liste zakupow na dzien jutrzejszy, ktora i tak rano zapomnisz
  • - o 10-tej wieczorem wraca maz, siada na kanapie i nie moze sie ruszyc, jest tak wykonczony
  • - w mikrofalowce odgrzewasz mu resztki z obiadu, robiac w tej samej chwili kilka innych rzeczy, ktore musza byc zrobione,
  • - kiedy maz je, ty zasypiasz na stojaco,
  • - marzysz o chwili, kiedy bedziecie na emeryturze, lub kiedy bedziecie mieli na tyle oszczednosci, ze nie bedziesz musiala pracowac,
  • - ale szkoly i uniwersytety sa drogie, wiec przeganiasz ta mysl i zmuszasz sie do powrotu do rzeczywistosci,
  • - dopiero teraz orientujesz sie, ze zapomnialas wysuszyc wlosy suszarka i teraz masz strzeche na glowie,
  • - ale w tej chwili jestes tak zmeczona, ze juz nic cie nie obchodzi,
  • - ciagniesz sie do lazienki umyc zeby,
  • - patrzysz na worki pod oczami i modlisz sie, zeby ten nowy krem od Heleny Rubinstein (bo wszyscy wiedza, ze francuskie marki ze sklepow departamentowych sa najlepsze) zadzialal,
  • - maske zrobisz w weekend, jak bedziesz pamietac, nic innego juz ci sie nie chce,
  • - dobrze wiesz, ze na japonskie maski w plachcie wystarczy 5 lub 10 minut, ale nawet i na to juz nie masz energii,
  • - juz prawie polnoc, widzisz, ze maz nie sprzatnal lazienki po prysznicu,
  • - masz to gdzies, nastawiasz budzik na 5 rano i zasypiasz zanim twoja glowa dotknie poduszki,
  • - maz chrapie obok, dzieci z drugiej strony, wszyscy spicie w jednym pokoju, bo tak wygodniej,
  • - budzisz sie w srodku nocy, bo znowu zapomnialas nastawic gotowarke do ryzu,
  • - budzisz sie drugi raz, bo nagle zdalas sobie sprawe z tego, ze jutro jest ostatni dzien na przeglad twojego samochodu,
  • - koszt przegladu (okolo tysiaca dolarow, jesli samochod nie ma zadnych problemow) skutecznie spedza ci sen z oczu,
  • - nagle jest 10 minut do piatej i korzystasz z tej chwili ciszy, aby w spokoju posiedziec sobie w toalecie,
  • - postanawiasz, ze nigdy przenigdy nie zgodzisz sie na tego psa,
  • - corka budzi sie z placzem i goraczka, a ty zdajesz sobie sprawe z tego, ze dzis do pracy nie pojdziesz,
  • - w myslach przygotowujesz wytlumaczenie dla szefa, i jesli pracujesz na pol etatu, juz obliczasz stracone pieniadze,
  • - zaciskasz zeby i pakujesz mezowski lunch, czyli resztki ze wczorajszego obiadu,
  • - bedziesz musiala poprosic swoja matke, zeby pozyczyla ci samochod, bo twoj musi dzis isc na przeglad, a choc maz ma swoje auto, to przeciez na piechote 29 kilometrow do pracy nie pojdzie,
  • - zastanawiasz sie jak daje sobie z tym wszystkim rade kolezanka z pracy, ktora jest samotna matka z dwojka dzieci.
(Powyzszy opis pochodzi z projektu w ktorym brali udzial uczniowie podstawowek i ich mamy w mojej prefekturze kilka lat temu. Dzieci i mamy dokumentowaly kazda chwile "z zycia mamy" na pismie, w formie pamietnika, obrazkowo i zdjeciowo, podczas 24 godzin od poniedzialku do niedzieli. Ten opis to jeden z bardziej wyluzowanych).


Nie... raczej nie o ten styl zycia pani Dominice chodzilo.

Jej "japonski" styl zycia to ten, o ktorym mozna poczytac w broszurach turystycznych. Ten, gdzie Japonczycy mieszkaja w domach z drewna i papieru i smigaja w kimonach kazdego dnia. Z przerwami na medytacje i ceremonie herbaciane, rzecz jasna.
Innymi slowy, "japonski" styl zycia, jaki widza turysci na objazdowce do Kioto i po spedzeniu nocy w swiatyni na gorze Koya.
W sumie nie dziwie im sie. Przeciez trudno jest dostrzec rzeczywistosc, kiedy ma sie na oczach klapki z betonu.
"Japonski" styl zycia wedlug pani Dominiki znany jest tylko i wylacznie "ekspertom" japonskim i milosnikom Japonii (a bardziej dokladnie - weeabo), ktorzy swoja wiedze na temat tego kraju czerpia z wikipedii (w ekstremalnych przypadkach z mangi i anime).

Pol biedy, kiedy swoja "wiedza" na temat Japonii owi "eksperci" dziela sie jedynie z przyjaciolmi, ktorzy w wiekszosci rowniez maja na oczach klapki z betonu (ale za to znaja calego "Szoguna" na pamiec).

Sprawa jednak staje sie komiczna, kiedy ci "eksperci" zaczynaja oferowac warsztaty z "japonskosci".
Tak wlasnie robi pani Dominika. Uczy ona innych "japonskosci". Edukuje rowniez polskie masy na temat japonskiej pielegnacji (o tym w kolejnym odcinku) i "rytualow" piekna.

Nie bardzo wiem, czym dzieli sie pani Dominika podczas swoich wykladow. Bardzo chcialabym wziac w nich udzial. Bo najwyrazniej na swiecie nic a nic o japonskim stylu zycia nie wiem.

Ale z drugiej strony, ja nie jestem ekspertka od "japonskosci", nigdy nia nie bylam i nie mam aspiracji, aby nia zostac.
Ja po prostu tu mieszkam. Tu jest moj dom.

Nie "mentalny" dom, jak w przypadku pani Dominiki, ale ten rzeczywisty. Z kuchnia, dwoma lazienkami, ale za to bez pokojow z tatami. Z miejscem do zaparkowania trzech samochodow. Bo wbrew stwierdzeniu pani Dominiki, ze Japonczycy przemieszczaja sie glownie pociagami i pieszo, my tu jezdzimy samochodami. Szczegolnie jesli mieszkamy z dala od turystycznego deptaka.



czesc druga - tutaj



Wednesday, June 14, 2017

Nieoficjalnie i nieuczciwie

Pierwszy wpis na blogu wyladowal wczoraj i juz wywolal burze.
Skrzynka dzis rano wypelniona byla po brzegi. Za wszystkie maile (nawet te niezbyt mile) bardzo dziekuje.

Sklep internetowy z siedziba w Gdyni (az mi wstyd za to, ze oni rowniez sa z Trojmiasta), ktorego nazwa rymuje sie ze "skanky whore" juz zablokowal mnie na Instagramie. Czyli, pierwszy wpis, a juz pilnie czytaja. Mam nadzieje, ze na cos im sie to przyda.


Inna sprawa, ze teraz juz jasne dlaczego sklep ten blokuje dostep z Japonii. A to dlatego, ze sprzedaje produkty pewnych marek bez zgody tych marek na dystrybucje. Marki te uzywaja wylacznie oficjalnych dystrybutorow, a zostanie oficjalnym dystrybutorem nie jest latwe.




Cult Beauty przekonalo sie o tym dosc bolesnie starajac sie o oficjalna dystrybucje produktow Koh Gen Do. Marka nie byla tym zainteresowana. Watpie wiec, ze Koh Gen Do wyrazilo zgode na sprzedaz ich kosmetykow przez maluczki sklep internetowy w Polszy.

Podobnie ma sie rzecz z kosmetykami Addiction, RMK, House of Rose, Ipsa i paru innych. Innymi slowy, sprzedawane sa one przez ten sklep bez wiedzy tych marek, pol-legalnie, zeby nie powiedziec wrecz - nielegalnie.

Ja rozumiem, ze to moze byc jeden z bardzo niewielu sposobow na zdobycie pewnych kosmetykow poza Azja. Ale z drugiej strony nie jestem w stanie NIE skomentowac takiej nieuczciwosci.

Z ciekawosci wyslalam maila do Koh Gen Do zalaczajac zrzuty ekranu, aby sie zapytac co oni sami o tym mysla. Bo kto wie? Moze sie myle?

Teraz ide odpisywac na maile.
Milego wieczoru!

PS> Widze w komentarzach ponizej, ze wielu czytelniczkom obce jest jak marki prestizowe (nie tylko kosmetyczne) sprzedaja swoje produkty.
Wiec wyjasniam.

Marki prestizowe operuja przez autoryzowanych dystrybutorow. Zostanie dystrybutorem nie jest proste. Umowy z drogeryjnymi hurtowniami nie zezwalaja automatycznie na sprzedaz prestizowych marek. To wydawalo mi sie oczywiste, ale widzac po komentarzach, dla wielu czytelnikow oczywiste nie jest.

Osiedlowy sklepik pani Jadzi, choc ma umowe z lokalna hurtownia kosmetykow pana Kazika, nie sprzedaje Diorow i Chanelow. A jesli tak, to robi to nieoficjalnie i nieuczciwie.

Podobnie ma sie rzecz z prestizowymi markami japonskimi, takimi jak KohGenDo, Albion, czy Ipsa. Marki te dbaja o swoj wizerunek i dlatego ich dystrybucja odbywa sie w sposob autoryzowany.

Najwyrazniej to bardzo nowy koncept dla wielu polskich czytelnikow. Dlaczego? Nie wiem. Moze w Polsce kupowanie marek wysokopolkowych na jarmarku lub allegro to normalka?
Jednak to, ze w Polsce to normalka, nie znaczy automatycznie, ze reszta rozwinietych krajow ma rownie niskie standardy.


Tuesday, June 13, 2017

Czy warto?

Dlugo zastanawialam sie nad tym czy warto znowu zaczac pisac po polsku. Z roku na rok moja polszczyzna coraz bardziej kuleje. Nie uzywam polskiego na co dzien. Oprocz czytania paru blogow i komentarzy na Instagramie, nie mam kontaktu z jezykiem.

Kiedy przychodzi mi cos napisac po polsku (chocby komentarz u kogos na blogu lub e-mail do kogos) to lapie sie na tym, ze brakuje mi slow i coraz czesciej musze podpierac sie googlowskim translatorem.

Zrodlo: internet


Nie podoba mi sie ta sytuacja. Bardzo chcialabym cos z tym zrobic w jak najmniej bolesny sposob. Wymyslilam, ze najlatwiejszy taki sposob to powrot do pisania bloga po polsku. Nie bloga o wszystkim, ale o tym co mnie interesuje.

Powod dosyc egoistyczny, ale przeciez od czegos trzeba zaczac.

Nadal jednak nie bylam pewna czy warto.

Po pierwsze, czy ktos w ogole bylby zainteresowany czytaniem moich opinii po polsku, skoro mozna je sobie przeczytac po angielsku?

Po drugie, czy przy obecnym zalewie polskojezycznych blogow kosmetyczno-azjatycko-pielegnacyjnych jest w ogole miejsce na jeszcze jeden? Moj?

I po trzecie, czy warto?

Na pierwsze pytanie dostalam odpowiedz przy okazji wpisu o micie wieloetapowej koreanskiej pielegnacji na moim blogu anglojezycznym.

Wpis ten wygenerowal 84 maile w mojej skrzynce. Czesc zgadzala sie ze mna i dziekowala za obalanie mitu. Czesc sugerowala, ze pewnie nawet w Azji nie mieszkam, skoro nie wiem ile krokow jest w azjatyckim "rytuale" pielegnacyjnym. A czesc chciala wiedziec wiecej. Sporo osob prosilo o czestsze blogowanie po polsku. Sporo osob mialo pytania o produkty z Japonii.

Kilka osob przyslalo mi linka do artykulu na temat "wieloetapowej" pielegnacji japonskiej opublikowanego na stronie pewnego polskiego sklepu internetowego z japonskimi kosmetykami (nazwa sklepu rymuje sie ze "skanky whore") i pytalo sie kto w koncu ma racje. Oni, czy ja?
Racje mam ja. A o tym sklepie bedzie za chwile.

Na drugie pytanie odpowiedzialam sobie sama. Kilka godzin spedzonych w internecie i oczywiste stalo sie to, ze poza kilkoma rzetelnymi zrodlami informacji kosmetycznej po polsku (sa podlinkowane obok), 99% blogow skupia sie na gorliwym przepisywaniu pijarowskich materialow od producenta.
Ja rozumiem, ze polska Hada Labo wspolpracuje z wieloma polskimi blogerkami, ale drogie panie, jakies poczucie wlasnej godnosci trzeba miec. Sprzedac sie za produkt, ktory w Japonii kosztuje mniej niz 10 dolarow (w przeliczniku) i w rzeczywistosci nie jest nawet az tak cudowny jak go producent opisuje? Naprawde tak nisko sie cenicie?

Sprawa wcale nie ma sie lepiej z kosmetykami wysokopolkowymi. A najsmutniejsze jest to, ze zadna z tych pan nie ma odwagi przyznac sie, ze publikuje posty sponsorowane. Nieujawnianie tej informacji jest nielegalne w swietle przepisow unijnych.

Dodac do tego idiotki na YouTube (dwie panie, ktorych filmik z japonskiej drogerii ogladalam ostatnio wyjatkowo mnie rozsmieszyly), i mamy calkiem zalosny obraz polskiej blogosfery kosmetycznej.
Jeden blog wiecej czy moj nie zrobi zadnej roznicy.

Trzecie pytanie zadalam na Instagramie.



Oprocz jednej osoby ktorej to wisialo, odzew byl zdecydowanie na TAK.

Przyznam sie, ze niezle mnie to zdziwilo. I zmusilo do myslenia.
Nie spodziewalam sie, ze az tak wiele osob z Polski obserwowalo mnie na Instagramie.

Ostateczna odpowiedz dalam sama sobie nastepnego dnia.
Przegladajac polskie zdjecia z tagiem #japonskiekosmetyki trafilam na Instagram sklepu wspomnianego powyzej.

Kiedy zobaczylam, ze ci pajace opisuja maski My Beauty Diary jako produkty japonskie, wiedzialam, ze czas zaczac pisac po polsku.


Drodzy wlasciciele sklepu, to ze kosmetyk jest sprzedawany w Japonii i ma opakowanie z japonskimi krzaczkami, nie znaczy automatycznie, ze jest on rowniez "japonski". Wedlug waszej logiki nawet Dior, Lancome, Clinique i wszystkie inne marki zachodnie sprzedawane w Japonii, to rowniez produkty japonskie.

Zostawilam im komentarze po polsku, ktore szybciutko zostaly przez nich usuniete:



Teraz jasne dlaczego sklep ten blokuje dostep do ich strony internetowej osobom mieszkajacym w Japonii. Polki w Japonii czytajace brednie na ich witrynie umarlyby ze smiechu. Tak, tak czytalam. Po to istnieja proxy serwery, zeby takie blokady omijac. Choc dobre dla smiechu, to wiecej czytac nie bede, bo nie chce mi sie marnowac czasu na glupoty wypisywane przez pajacow po to aby naiwnym kit wciskac i sprzedawac produkty po wygorowanych cenach.

Ale moze powinnam temu sklepowi podziekowac? Dal mi finalowe popchniecie do blogowania po polsku.

I tak jestesmy TU.
Na blogu 2catspopolsku.

Nie wiem czy bedzie regularnie.
Nie wiem czy bedzie to warte czytania.
Nie wiem czy moja polszczyzna sie poprawi.

Wiem za to, ze bedzie bez ogrodek i polskich liter, prosto z mostu, bez sciemy i bez pijaru.
Wiem, ze bedzie o kosmetykach, nie tylko japonskich, o pielegnacji i o tym co lubie.

Moje opinie, moje slowa, moja gramatyka i ortografia, tak jak JA chce. Z -ponia w tle, bo tu mieszkam.

Firmy, jesli sa na tyle odwazne aby sie skontaktowac, prosze bardzo, moga sie kontaktowac. Powiem im co mysle o ich produktach. Warto jednak pamietac, ze moje opinie nie sa na sprzedaz. No chyba, ze ktos oferuje mi Tesle, wtedy mozemy negocjowac.


I to by bylo na tyle.
Do nastepnego razu!



PS> Tylko idioci nie uzywaja filtrow przeciwslonecznych!