Sunday, April 5, 2020

Czy ta maska wystarczy?

Strasznie zaluje, ze jej nie  kupilam. Droga nie byla, ale tak jakos nie myslalam, ze kiedykolwiek by sie przydala. A widzisz, Tato, jednak przydalaby sie...


To bylo na Westerplatte jak bylam w Polsce w czerwcu 2018 roku. Moj pierwszy raz na Westerplatte. Poplynelismy stateczkiem z Gdanska. Niestety nie mielismy czasu aby pojsc pod pomnik. Szkoda, ale trzeba bylo lapac ostatni statek w powrotnym kierunku. Teraz oczywiscie zaluje, ale czlek zawsze madry po fakcie...

Na razie mamy zapas normalnych masek, tych ktore Japonczycy zawsze nosili, i z ktorych inne nacje zawsze sie nasmiewaly. Normalnie zapasow nigdy nie robilam, ale pod koniec stycznia mama Sredniej T wyslala mi wiadomosc, ze mam natychmiast isc i nakupowac masek i zelow do rak. Mama Sredniej T to lekarz i jesli ona cos mowi, to normalnie w podskokach zawsze to robie. Z dobrym lekarzem sie nie dyskutuje...

Ale ja oczywiscie zwlekalam... Powiedziala mi to w piatek, 24 stycznia. W poniedzialek nadal nic nie kupilam... W koncu w srode wyslala mi histerycznego maila, ze mam to zrobic teraz i zaraz. W czwartek, 30 stycznia rano mialam wolne, wiec pojechalam do sklepow. Maski juz wtedy wszedzie byly wyprzedane. Ale zrobilam objazd prowincjonalny i sporo udalo mi sie kupic.



Te maski N100 to pozostalosci z moich wojazy do Chin podczas legendarnego zimowego smogu dwa lata temu. Chlop kupil mi N100, bo sie bal, ze jak dostane ataku astmy to po prostu umre. Chiny wtedy byly po drodze do Korei Polnocnej. Taaa... W Korei Polnocnej tez bylam. Ahh... Stare dobre czasy...

Teraz chlopu mowie, ze ma wymyslic jak zainstalowac odpowiedni filtr w mojej masce do snorkowania, tej na cala twarz. Bo to chyba bedzie najlepsze rozwiazanie. I najbezpieczniejsze.



Z innych wiesci...

Pani domu, jak widac, sie stara.

Zostaly mi dwie opakowania katarzynek, takich bez lukru i bez niczego. Takie gole nie sa zjadliwe, wiec dalam im czekoladowa polewe.



Czekolada z mleka wielbladziego. Wysmienita. Kupilam sobie caly zapas w Dubaju podczas podrozy z Mala R.
Nie bede zaprzeczac, gdyby zakupy wolnoclowe byly sztuka walki, to mialabym czarny pas. Czwartego stopnia.



Stopilam jedna tabliczke, dodalam troche ciemnego cukru, stad te granulki. Moze rezultat nie wyglada zbyt obiecujaco, ale smakowo jest fenomenalny.

Teraz ide myslec co by tu na obiad stworzyc...
W dawnych czasach w niedziele chodzilismy sobie do restauracji. Teraz, choc restauracje nadal sa otwarte, to doszlismy do wniosku, ze to zbyt niebezpieczne.

A co u Was na obiad?

Saturday, April 4, 2020

Sobotnia lista przebojow - wersja covid 19

Skoro dzis sobota, to znaczy, ze musi byc lista przebojow. Tak bylo w dawnych czasach, nieprawdaz? Lista przebojow programu trzeciego i Marek Niedzwiecki. Nie wiem jak jest teraz, wiec zlozylam wlasna liste.

Ludzie w kwarantannie nudza sie, a efekty tej nudy sa czasami fenomenalne.

10. Zaczniemy na powaznie...




9. Genialna wersja. Isn't it corona?




8. Chris Mann chce byc krolem wirusowych parodii. I jak widac swietnie mu to idzie.





7. Jak chronic sie przed kaszlem. Mikey Bustos podpowie:


Lubie jego parodie (Despacito bylo genialne!), a ta jest rowniez wyjatkowo udana.


6. Utwor znany kazdemu kto dorastal w latach 80-tych ubieglego wieku!
Nowa wersja dla tych, ktorzy sa uziemieni w domu.




6. Piosenka klasyk.
Klasyk nie tylko z powodu melodii oryginalu, ale rowniez i z powodu kiedy ta parodia pojawila sie na YouTubie - 31 stycznia tego roku. Piosenka prorocza i dokladnie przewidziala co nas czekalo.



I tak bardzo niepoprawnie politycznie "wirus z Wuhanu" kiedy jeszcze mozna bylo tak o nim mowic... Dawne czasy...



5. Zadna lista przebojow Covid-19 nie bylaby kompletna bez przynajmniej jednej wersji - My Corona!





4. Czwarte miejsce nalezy do kolejnej klasyki. Inna era, inny klimat, ale swojsko i znajomo.



3. Na trzecim miejscu Hello (from the Inside) - czyli Chris Mann po raz kolejny.





2. Kolejny klasyk. Absolutnie genialna wersja.



1. Na pierwszym miejscu moj absolutny faworyt. Numer jeden. Najwiekszy hit tej epidemii:

 



Macie swoje ulubione wirusowe parodie? Podzielcie sie linkami!

Milego weekendu!

Friday, April 3, 2020

Raport prawie weekendowy - w Japonii nadal prawie normalnie

Dziekuje Wam wszystkim za komentarze i maile.

Ruch w mojej skrzynce mailowej jak nigdy przedtem. A ze wszyscy wiedza jak leniwa jestem jesli chodzi o odpisywanie, wiec podziele sie odpowiedziami tutaj na blogu.

I zeby bylo bardziej pozytywnie - sakura na zdjeciach.





1. Tak. Nadal pracuje. Jak dlugo? Nie wiem. Wiem, ze zaplaca mi za kwiecien. Co dalej? Nie mam pojecia.

Moja sytuacja zarobkowa jest dosyc specyficzna, bo funkcjonuje jako osoba samozatrudniona. Nie bardzo wiem jak to po polsku. Po angielsku - sole proprietorship. Taka jednoosobowa firma. Wlasna dzialanosc gospodarcza?

Ale mam dlugoterminowy kontrakt z firma, ktora mnie "zatrudnia". Kazdego miesiaca wystawiam im fakture i placa mi 10 dni pozniej.

Taka sytuacja jest dobra dla podatkow, ale niedobra dla wszystkiego innego. Nie mam chorobowego, nie mam platnych wakacji, nie mam zadnego zabezpieczenia jesli nagle kontrakt zostanie zerwany. Mam tylko wlasne oszczednosci.

Sama place za ubezpieczenie zdrowotne, sama wplacam skladki emerytalne, i sama robie wlasne rozliczenia podatkowe kazdego roku.

Jesli strace ten kontrakt, to nie bedzie dla mnie zadnego zasilku dla bezrobotnych.
Chlop rowniez prowadzi wlasna dzialanosc, wiec jestesmy zdani tylko i wylacznie na siebie.

Mam juz zaklepany nowy kontrakt od kwietnia przyszlego roku, ale w miedzyczasie trzeba bedzie jakos do tego kwietnia przezyc.




2. Czy rzad japonski oferuje jakas pomoc dla obywateli w tych ciezkich czasach?

hahahaha!!!

Tak, oferuje.
Slynne "Abenomask" (gra slow na "Abenomics") to w chwili obecnej posmiewisko japonskich mediow spolecznosciowych, lub ogolnie - mediow. Kazdych.

Mokuren, czy Ty tez czekasz niecierpliwie na obiecane DWIE maski, ktore beda wyslane do kazdego domostwa w Japonii?
Bo tak, to nie zart. Rzad japonski wysle kazdej rodzinie DWIE maski wielorazowego uzytku, takie materialowe, ktore mozna prac.


Kazda rodzina dostanie dwie maski tego samego typu, ktora ma na twarzy pan Abe. Jesli maska wyglada na raczej mala, to nie zludzenie. Maski te sa zazwyczaj noszone przez dzieciaki w szkolach podstawowych i gimnazjach podczas serwowania lunchu i produkowane sa w takich wlasnie odpowiednich rozmiarach.

A o tym, ze maski materialowe podwyzszaja ryzyko zachorowania na grype i choroby grypo-podobne, juz nawet nie chce wspominac - link.

Pomyslodawca tego "pomyslu" byl minister ekonomii, ktory powiedzial, ze skoro nie ma masek w sklepach i ludzie panikuja, i boja sie do pracy w zatloczonych pociagach jezdzic, to dajmy im maski wielorazowego uzytku. Niech przestana panikowac, maski piora kazdego dnia i niech do pracy na spokojnie jezdza. Bo praca przede wszystkim! Nie ma mowy o zadnej kwarantannie czy innym lockdown w Japonii.

Ach... kwintesencja japonskosci... Prawie jak w anime...

Oprocz masek, przewijaja sie tez inne pomysly. Vouchery na ryby, vouchery na mieso, vouchery na podroze.
Kiedy ludzie najbardziej potrzebuja gotowki, to dostana sobie voucher na sushi. Tak bardzo po japonsku, nieprawdaz?

Gotowka tez ma byc. Sa plany na cale 12,000 jenow na osobe. Okolo 468 zlotych. Dokladnie tyle ile kosztuje moj miesieczny parking jak jezdze do pracy.

Z tym, ze tylko obywatele beda kwalifikowac sie na ten nadzwyczajnie szczodry zasilek. Pojawil sie problem jak ten zasilek ma byc wyslany do ludzi. Byly glosy, zeby po prostu kazdemu "Mai Namba" (My Number, cos w rodzaju PESELa) przypisac ta kwote, ale to przeciez niemozliwe. No bo jak to! Cudzoziemcy w Japonii tez maja "Mai Namba", a oni przeciez na zadna pomoc rzadowa nie zasluguja.



Najglosniejszym glosem w tej debacie okazala sie pani parlamentarzystka Kimi Onoda. Jej skrajnie skenofobiczne wpisy na Twitterze sa juz obecnie slynne.

Ironia jest tutaj, ze pani Onoda urodzila sie w USA i jej ojciec jest Amerykaninem. I ze do 2017 roku posiadala podwojne obywatelstwo, co wedlug prawa japonskiego jest nielegalne. W 2015 roku niby "wybrala" obywatelstwo japonskie, ale nie zrzekla sie amerykanskiego, bo wedlug niej "nie wiedziala, ze powinna byla to zrobic."

Pani Onoda musi wyjatkowo nienawidziec swojego wlasnego pochodzenia, skoro pala az taka niechecia do legalnie zyjacych w Japonii cudzoziemcow. Jej slowa "nie interesuja mnie klopoty finansowe cudzoziemcow" ladnie reasumuja jej pozycje odnosnie wsparcia finansowego dla legalnych imigrantow.
Chyba zapomniala, ze jeszcze trzy lata temu, wedle prawa japonskiego, sama zaliczala sie do tych "cudzoziemcow". I chyba zapomniala, ze cudzoziemcy w Japonii rowniez placa podatki, dokladnie tak jak obywatele japonscy. I chyba zapomniala, ze jesli cudzoziemcy maja "Mai Namba" to znaczy, ze sa tu legalnie. I chyba bardzo ja to boli, ze niektorzy nawet maja prawo stalego pobytu...

Inna kwota, o ktorej sie wspomina to 200 000 lub 300 000 jenow na rodzine, ale tylko dla rodzin "bardzo potrzebujacych".

Czyli, najprawdopodobniej dostaniemy dwie maski, a jesli pojdzie dobrze, to i rownowartosc 468 zlotych.


Pandemia pandemia, ale zdjecia slubne z sakura musza byc i juz!

3. A jak z testami?

Wczoraj zmieniono przepis dotyczacy tego co robic z pacjentami, ktorych testy sa pozytywne na covid.

Poprzednio przepis byl taki, ze bez wzgledu na to czy pacjenci maja objawy, czy nie, to musieli byc hospitalizowani na przynajmniej 14 dni. To jeden z powodow dlaczego placowki medyczne nie chcialy testowac. Ale pacjenci bez testow (ktorzy koniec koncow, okazali sie pozytywni) odeslani do domow zarazali innych.
Nowy przepis jest taki, ze lekkie przypadki i bezobjawowe przypadki ktore maja pozytywne wyniki na koronawirusa nie musza byc przyjete do szpitala, ale moga spedzic 14 dni w placowce kwarantanny.



Teraz tylko jest problem jak odniosa sie do tego pracodawcy. Bo jesli szpital, to firmy nie maja wyjscia, musza sie legalnie dostosowac. Ale kwarantanna w hotelu? Wielu ludzi obawia sie, ze firmy zmusza ich do wziecia bezplatnych urlopow, lub po prostu zwolnia z pracy.

Teraz eksperci prosza aby zmienic sposob w jaki przypadki chorob zakaznych (nie tylko covid) sa zglaszane do ministerstwa zdrowia. W chwili obecnej wszystkie dane mozna wyslac jednie przez faks.

Mozemy miec tylko nadzieje, ze nowe przepisy pozwola na wiekszenie ilosci przeprowadzanych testow. Choc z drugiej strony, moze nie. Jesli bedzie duzo testow, i duzo pozytywnych wynikow rzad boi sie, ze ludzie spanikuja.


I to by bylo na tyle.
Teraz pora pojsc spac.

Zycze Wam wszystkim spokojnego weekendu.

Jakie macie plany?

Moze takie?

Wednesday, April 1, 2020

Tylko trzy miesiace temu

Az ciezko w to uwierzyc, ze jeszcze trzy miesiace temu zycie toczylo sie normalnie. W skali globalnej, mam na mysli.

Dokladnie trzy miesiace temu wraz z Mala R wyladowalysmy na lotnisku w Naricie po podrozy do Dubaju i na Malediwy. Mala R nie jest moja, ale tak sie zlozylo, ze z nia podrozowalam. Nie byla to dobra podroz. Mala R plakala kazdego dnia, nawet doprowadzila do tego, ze nas policja zatrzymala w Dubaju. Bo security w Dubai Mall zadzwonili po policje widzac biala babe z azjatyckim dzieckiem, ktore drze sie na cale gardlo, ze chce do mamy i trzeba bylo sporo wyjasniac.



Gdy wyladowalysmy w Japonii powiedzialysmy sobie "nigdy wiecej." I tak mialo byc. Ale dzis rano Mala R zaczela wspominac podroz i powiedziala jak swietnie sie bawila, i ze chce ze mna jechac gdzies raz jeszcze. Ale dodala, ze wie, ze to nie jest teraz mozliwe z powodu pandemii. I zaczela plakac. Obiecalam wiec, ze jak pandemia minie, to znowu gdzies razem pojedziemy...

Mala R to corka mojej kolezanki z Utsunomiyi i przyjaciolka Sredniej T. Srednia T i Mala R chodza razem na tenis i mieszkaja niedaleko siebie. Mala R jest jedynaczka wiec traktuje Srednia T jak starsza siostre. W sierpniu zeszlego roku wzielam Srednia T do Dubaju na tydzien i bawilysmy sie swietnie. Od tamtej pory Mala R trula tylek i mnie i swojej mamie, ze ona tez chce gdzies ze mna jechac. Bo ja juz zapomnialam jak to zycie sie toczy w wieku szkoly podstawowej. Jak kolezanka ma, to ja tez absolutnie natychmiast musze miec.

Mama Malej R ostatecznie ulegla i zapytala sie mnie czy zabralabym jej corke gdzies poza Japonie. Mialam juz plan, zeby poleciec na Nowa Kaledonie, ale jesli z cudzym dzieckiem, to w koncu doszlysmy do wniosku, zeby leciec w znajome miejsce. No i oczywiscie Mala R nalegala na Dubaj, bo przeciez Srednia T tez tam byla.

Dubaj w grudniu troche za zimny na atrakcje wodne, wiec padlo na Dubaj plus Malediwy.
Cala podroz dla nas obu, w szczycie sezonu, wraz z biletami lotniczymi, hotelami, jedzeniem, atrakcjami, lokalnym transportem wyszla na okolo 3700 USD.

Czy to drogo czy nie, wole sie nie wypowiadac. Mama Malej R twierdzila, ze to tanio. Ale tu trzeba brac poprawke na to jak Japonczycy podrozuja. Ida do JTB (ogromnego biura podrozy) i kupuja package tour z katalogu.

Ja, tymczasem, organizowalam wszystko sama.

Widok z okna w hotelu w Dubaju - Rove Downtown. 

Tak to wiec oto 23 grudnia wsiadalysmy do samolotu do Dubaju. Mama Malej R odstawila ja na lotnisko i szybciutko zniknela. Mala R byla w swietnym humorze i podroz zapowiadala sie wysmienicie.

Przy odprawie NIKT nie pytal sie o dokumenty uprawniajace mnie do podrozy z Mala R. NIKT. Dwie rozne narodowosci, dwa rozne paszporty, dwa rozne nazwiska, ze o kolorze skory nie wspomne. Nie zapytal sie NIKT.

Oczywiscie wszystkie formalnosci mialysmy gotowe do wgladu. Ale nikt nic nie chcial.

Torby oddane, czas na kontrole bezpieczenstwa. Poszlo gladko.

Czas na kontrole paszportowa przy wyjezdzie. Pan przy stanowisku nawet nie mrugnal okiem.
Moglabym byc obca baba uprowadzajaca Mala R, zeby ja sprzedac w niewole, lub na czesci pierwsze. Nikogo to nie interesowalo.

Lot do Dubaju poszedl gladko, Mala spala.

Po wyladowaniu przy kontroli paszportowej znowu ZERO pytan. Stemple w paszportach i witamy w Emiratach.
I tak bylo przy calej podrozy. Zero pytan przy wylocie z Dubaju, zero pytan przy wlocie na Malediwy, zero pytan przy wylocie, zero pytan przy powrocie do Japonii.

A potem ludzie sie dziwia, jak czytaja historie, ze tatus czy mamusia porwali dzieci. Ha! Ja, zupelnie obca kobieta, moglabym spokojnie porwac dziecko i nikt by sie nie zorientowal.

Na Malediwach spedzilysmy jedna noc w Male, bo chcialam pokazac Malej R jak ludzie zyja w innych czesciach swiata. Przeszla swoj pierwszy szok kulturowy. Dubaj byl dla niej zbyt normalny, zbyt czysty, zbyt cywilizowany. Jak lepsza wersja Japonii, sama stwierdzila.

Stolica Malediwow, Male, to zupelnie inna bajka. Ja nazywam ja Dhaka Light, bo to taka bardziej normalna, bardziej czysta, bardziej cywilizowana Dhaka. Ale dla Malej R byl to ogromny szok.

Ja tam Male bardzo lubie, miasto ma atmosfere, ma charakter, ma wlasne zycie. Wiem, ze turysci twierdza, ze godzina w Male wystarcza, ze nie ma tam nic do zobaczenia, ze miasto nie jest warte czasu. Ja twierdze, ze sa idiotami.

Widok z motorowki


Widok z lotniska

Widok z ulicy

Widok z wody

Widok noca

I jeszcze raz

Widok z plazy w Hulhumale.

Lotnisko raz jeszcze.

To byl Malej drugi raz poza Japonia. W sierpniu poleciala z rodzicami na 4 dni na Hawaje. Twierdzila, ze Hawaje to tak samo jak Japonia. Kazdy mowil po japonsku, w hotelu obsluga japonska, jedzenie japonskie, w sklepach produkty japonskie. Przez cztery dni nie wydukala ani jednego slowa po angielsku. I to drugi powod dla ktorego mama chciala, zeby ze mna gdzies pojechala - zeby jezyk cwiczyc.

Pierwszy powod to zeby przestac byc rozbisurmanionym bachorem. Ale o tym dowiedzialam sie dopiero przez telefon w trakcie podrozy. Stad tez te placze i wrzaski. Jak tylko powiedzialo sie Malej R, ze nie, ze czegos nie mozna, ze nie wolno, ze nie da rady, to ona jak ksiezniczka, natychmiast w placz.

Teraz sama przyznaje, ze zachowywala sie okropnie, i ze jest jej wstyd co o niej ludzie musieli myslec. Czyli, cala ta meczarnia odniosla zamierzony skutek. Szkoda tylko, ze jej mama nie ostrzegla mnie o tym przed podroza.

Na Malediwach wybor padl na wyspe Maafushi.



Tak, wiem. Sama bym tam nie pojechala.
Ale mialo byc latwo i blisko lotniska i tanio, z cala gama atrakcji.

I tak tez bylo.

Nasz hotel to Kaani Beach Hotel, pokoj rodzinny na pierwszym pietrze. Zle nie bylo. W cenie mialysmy sniadania - okropne, ale Malej pasowaly, bo uwielbia mini-parowki.

Nasz pokoj w Kaani Beach Hotel

Widok z balkonu.

A na balkonie rozgoscil nam sie kot.

Sniadanie i ukochane mini-parowki

Luncze byly w cenie wycieczek, a na wieczor jadlysmy cos na "miescie".
Raz poszlysmy do Mamma Mia na pizze - ohyda.


Ten ryz to tez w Mamma Mia. Mala chciala spaghetti. Zamowilysmy spaghetti. Przyniesli nam ten ryz i powiedzieli, ze spaghetti sie skonczylo. Mala probowala to jesc, ale nie dala rady. Niesmaczne.

Restauracji nie polecam. A raczej polecam unikac.



Raz poszlysmy do guesthouse'u Stingray, bo kiedy bylam tam w maju, to jedzenie bylo dobre. Niestety juz nie bylo dobre. Bylo tak okropne, zgnile i obrzydliwe, ze zaplacilam i stamtad ucieklysmy.
Raz poszlysmy na bufet do Arena Beach Hotel, ale Malej sie nie podobalo.

Nudle z tunczykiem u Suzi - pycha!!!


Tak wiec, koniec koncow, zazwyczaj ladowalysmy w Suzi's Cafe Quench. Jedzenie dobre i tanie, ale obsluga tak powolna, ze jesli poruszalaby sie wolniej, to chodzilaby do tylu. Ale atmosfera przyjemna i maz wlascicielki opowiada swietne historie. Wlascicielka to Suzi, Malediwka urodzona i wychowana na Maafushi. Maz to gosc z Argentyny. Poznali sie na Facebooku. On przyjechal ja odwiedzic. Przeszedl na islam. Oswiadczyl sie. Ona powiedziala "tak". On wrocil do Argentyny, zeby sie spakowac i przeprowadzil sie na Malediwy. I tak to sobie od niecalego roku zyje na Maafushi i pomaga zonie prowadzic restauracje i piekarnie.

Jako facet z Ameryki Poludniowej, jego poczucie czasu jest takie samo, jak przecietnego Malediwczyka, wiec swietnie sie w nowym kraju odnajduje. Za to jego zona, to prawdziwy boss. Jak ona daje rade prowadzic dwa biznesy z takimi fajtlapami, nie wiem. Podziwiam ja.

Plaza bikini na Maafushi jest malutka i zapchana do granic mozliwosci. Nam to nie przeszkadzalo, bo kazdego dnia mialysmy inna atrakcje.

Delfiny

Zolwie

Po powrocie do domu namalowala tego zlowia akwarelami, ale nie mam zdjecia jej tworczosci. Poprosze, i wstawie pozniej.

Rekiny (nurse sharks)

Mala snorkowala z zlowiami, plywala z rekinami, podziwiala delfiny, lapala ryby, przeplynela sie lodzia podwodna, pluskala sie w basenie w resorcie, grala z lokalnymi dzieciakami w pilke nozna na innej lokalnej wyspie, i dowiedziala sie co to circumcision.


Nie rozumiala dlaczego potrzebne byly helikoptery i karabiny maszynowe do tej operacji, ale w sumie ja tez nie. Kiedy zapytala sie naszego malediwskiego przewodnika od snorkowania czy obrzezanie wykonuje sie karabinem maszynowym, on bez mrugniecia okiem odpowiedzial, ze czasami tak. Mala byla przerazona. Chyba bedzie miala uraz na cale zycie.

Az sie wierzyc nie chce, ze to wszystko wydarzylo sie zaledwie trzy miesiace temu. Wtedy narzekalam, a ona plakala. Teraz wiele bysmy oddaly, aby moc cofna sie w czasie...

Na wyspie Thinadhoo


Ulica na wyspie Maafushi

Mala R na Thinadhoo


Plumeria to piekny hotel na Thinadhoo 

Na wyspie Thinadhoo

Sandbank marzenie


A teraz ide spac i sobie pomarzyc...

Dobranoc!



PS. Update.

Zgodnie z obietnica, radosna tworczosc artystyczna Malej R. inspirowana nasza podroza.


I jeszcze jeden.



Jak na osmiolatke, to uwazam, ze calkiem  niezle jej to idzie...

Tuesday, March 31, 2020

Podroz ktorej nie bylo

I nie bedzie.

Chcialam cos w tytule napisac o tym dlaczego afrykanskie biznesy (tak generalnie) maja taka zla renome (tak generalnie) w innych czesciach swiata, ale balam sie, ze jedno czy dwa nieopatrzne slowa i wyjde na rasistke.

Dzisiejszy wpis inspirowany byl przez Widziane z Ekwadoru, i tu podziekowania dla Mokuren, bo to dzieki niej dowiedzialam sie o istnieniu tego fenomenalnego bloga.

Bedzie o liniach lotniczych, ale najpierw potrzebny jest maly wstep.

W zeszlym roku meczylam sie (zdalnie) razem z chlopakami z jednej z najwiekszych firm samochodowych w Niemczech, ktorzy zostali wyslani do RPA, gdzie ich firma zalozyla fabryke. Fabryka bazowala na lokalnych dostawcach, bo taki byl wyzszy cel tego calego przedsiewziecia - aby wspierac lokalne, afrykanskie biznesy.
I powiedzmy, ze jesli jedynie 50% wyprodukowanych na miejscu czesci bylo bezuzytecznych, bo nie przeszly kontroli jakosci, to byl to dobry tydzien. A jesli szef lokalnej produkcji pojawil sie na spotkaniu z Niemcami, to chyba tylko dlatego, ze obiecano mu darmowy lunch, bo spotkanie odbywalo sie w ekskluzywnej restauracji. Inaczej nie bylo go jak odnalezc.

Lokalna firma wspolpracujaca z Niemcami organizowala chlopakom smartfony i laptopy przez 4 miesiace. Mieszkania? Nawet nie wiem jak dlugo, bo kiedy moj kontrakt w tej zabawie skonczyl sie w grudniu, chlopaki (wraz z zonami, bo firma wyslala ich do RPA na 2 lata, wiec wzieli rodziny) nadal mieszkali w tymczasowych guesthouse'ach.

Czyli od poczatku lat 90-tych ubieglego stulecia (bo z tego okresu pochodza moje ostatnie doswiadczenia z tego kraju) az tak wiele sie w RPA nie zmienilo. Choc zdaje sobie sprawe, ze pojawia sie odmienne glosy, ze w biznesie zmienilo sie duzo, ale nie zawsze na lepsze. Polityke zostawiam na boku, interesuje mnie tylko biznes.

Jak jest w innych czesciach kontynentu? Jesli Kenya Airways lub Ethiopian sa miarodajnym wyznacznikiem sytuacji, to nie jest najlepiej. Wiem, ze ludzie lataja Ethiopianem i nawet sa zadowoleni, bo nawet udaje im sie dotrzec na miejsce z minimalnym opoznieniem i tylko polowa zniszczonego bagazu, lub z wielogodzinnym opoznieniem i nietknietym bagazem, ale ja osobiscie wole zostac w domu niz latach Ethiopian Airlines.

O Kenya Airways wole nie wspominac. Juz predzej bede szla piechota przez kontynent niz uzerala sie z ta linia lotnicza.

Ale, mialo byc o podrozach!

Tak wiec na poczatku stycznia, kiedy jeszcze koronawirus byl tylko odlegla plotka z Chin, z wielkimi obawami pozwolilam mezowi zabukowac mi bilet na lot z Johannesburga na Wyspe Swietej Heleny.



Do wyprawy na Wyspe Swietej Heleny przymierzalam sie juz dwa razy (no, prawie trzy).
Po raz pierwszy gdzies tak w polowie lat '00, ale niestety wtedy funduszy nie bylo, wiec skonczylo sie tylko na gorliwym czytaniu rozkladu rejsow RMS St Helena. Tak, tak. W tej odleglej przeszlosci jedynym sposobem dostania sie na wyspe byl statek, ktory kursowal co jakies 3 miesiace z Kapsztadu (Capetown).

Fundusze na wyprawe pojawily sie w roku 2011, ale wtedy wszyscy wiemy co sie stalo. Po trzesieniu ziemi mielismy inne, wazniejsze sprawy na glowie. Wtedy nawet mialam rezerwacje na rejs, ale wyprawe musialam odwolac. Na lez otarcie w grudniu polecialam do Palau i bylo swietnie.

Fundusze i czas pojawily sie w 2014 (i chyba nawet on tym wspominalam na starym blogu). Rezerwacje zrobilam. Za rejs zaplacilam. Siedzialam cicho, zeby nie zapeszac. Kiedy mialam sie rozgladac za lotami do RPA przyszla wiadomosc od firmy statkowej. Ze sorry, ale niestety moje miejsce musi byc oddane pasazerowi z wiekszym priorytetem. Bo sprawa miala sie tak: mieszkancy Swietej Heleny mieli pierwszenstwo podrozy.

Firma chciala mnie przebukowac na nastepny rejs za nizsza cene, ale niestety ja mialam wolne tylko podczas letnich wakacji. Poniewaz moje miejsce na statku bylo potrzebne w drodze ze Sw. Heleny do Kapsztadu, firma nawet proponowala rozwiazenie, zeby plynac do Sw. Heleny, stamtad kontynuowac rejs na Ascension (Wyspe Wniebowstapienia), a stamtad leciec do Wielkiej Brytanii lotem RAFu, ktory zabiera cywilnych pasazerow. Bylam jak najbardziej "za", ale niestety, lot RAFu rowniez mial priorytet, tym razem dla obywateli brytyjskich.

Wiec tak oto sprawa sie rypla.



Back to 2020...

W pierwszy dzien pracy w styczniu szef dal nam grafik do konca roku fiskalnego, czyli do konca marca. Nagle okazalo sie, ze mialam miec 3 tygodnie wolnego na przelomie marca i kwietnia. Super!
Mowie chlopu w domu, a on na to, "wybierz sie na Sw. Helene. Od zawsze to planowalas..."

I kiedy ja sobie to przemysliwalam, on wskoczyl na google, znalazl odpowiednie daty lotu i bum, zrobil rezerwacje.

Poszlo tak latwo, bo od czterech lat Wyspa Swietej Heleny ma w koncu lotnisko. A od dwoch lat jest nawet linia lotnicza, ktora tam lata - Airlink.

Dlaczego taki duzy odstep pomiedzy otwarciem lotniska a uruchomieniem polaczenia? Ano dlatego, bo jak sie okazalo, to lotnisko jest dosyc niebezpieczne z powodu tzw. wind shear (uskoku wiatru) i przez dwa lata wygladalo na to, ze lotnisko to bedzie calkowicie bezuzyteczne, bo zadna linia nie chciala podjac ryzyka aby tam latac.

Airlink podjal sie tego wyzwania, i do tej pory nawet niezle im to szlo. Jeden lot w tygodniu, w sobote, z Johannesburga, z miedzyladowaniem w Walvis Bay, bo samolot jest za maly na taki dlugi bezposredni lot. W sezonie swiatecznym, dodatkowo lot we wtorek z Kapsztadu. Super.

Ceny z kosmosu, ale jak sie ma monopol na trase, to mozna sobie spiewac ile sie chce, ludzie i tak zaplaca, bo nie maja zadnej innej opcji. Statek RMS St Helena przestal kursowac kiedy samoloty zaczely latac. Teraz kursuje tylko statek towarowy, ale jesli ma miejsca dla pasazerow, to ida one przede wszystkim do mieszkancow wyspy. I ceny rejsu sa rownie kosmiczne co loty.



Tak wiec 12 stycznia stalam sie dumna posiadaczka biletu na lot 21 marca z Johannesburga na Wyspe Sw. Heleny, z powrotem 28 marca. Rezerwacja bezzwrotna, bo roznica w taryfach byla ponad 500 dolarow.
Rezerwacja robiona byla na stronie Airlink, ale platnosc przeskoczyla na strone South African Airways, i bilet wystawiony byl z numerem South African Airways. Natychmiast wyslalam wiadomosc przez Twitter'a do Airlinku dlaczego. Oni na to, ze to normalne, ze maja umowe francyzy z SAA, ze wszystkie ich loty takie sa.

No dobrze. Pokorespondowalismy sobie troche, bo chcialam zabrac ze soba moj helmet szturmowca, a wiem ze embraery nie maja zbyt duzych schowkow na bagaze podreczne. Airlink powiedzial, ze moge helmet zabrac, i ze upchna go w schowek dla zalogi. No, po prostu super.

Zrobilam rezerwacje hotelu na wyspie, kupilam dolot do RPA (Emirates), zabukowalam hotele w Johannesburgu i zaczelam odliczac dni do wyprawy.



W miedzyczasie z Chin zaczely dochodzic coraz to okropniejsze wiesci. W Japonii wszystko bylo normalnie, wiec nie bardzo zesmy sie tym przejmowali. Nikt jeszcze nie zdawal sobie sprawy jak to bedzie wygladalo za dwa miesiace.

7 lutego Airlink oglosil, ze juz nie jest francyza SAA, ale bilety z numerami SAA beda honorowane jak zawsze.

29 lutego moj hotel na wyspie odwolal rezerwacje, piszac wprost, ze nie chca mnie tam, bo przywioze im wirusa. Wtedy wyspa byla jeszcze otwarta dla turystow, jedyne ograniczenia dotyczyly Chin.

Natychmiast skontaktowalam sie z Airlinkiem i tlumacze cala sytuacje. Oni mi na to, ze nic nie moga zrobic, bo wyspa jest oficjalnie otwarta dla turystow i ich samoloty lataja normalnie. Po dlugich negocjacjach zgodzili sie, zeby bilet przebukowac bez dodatkowych oplat, ale podroz musi sie odbyc do konca roku.
Oczywiscie ja nie mam wolnego. Wyzebralam u szefa wolne na koniec roku i podaje Airlinkowi daty. Mowia mi, ze wszystkie loty sa pelne. Ze moge leciec przez Kapsztad, ale musze doplacic za zmiane trasy i zmiane taryfy. Nie mialam wyjscia i sie zgodzilam. 6 marca pytam sie jak doplacic.

Cisza.
Brak kontaktu przez caly tydzien.

To powinien byc dla mnie pierwszy sygnal, ze cos bylo nie tak. 13 marca dzwonia do mnie, ze mam sie nie martwic, ze mnie przebukuja, ze mam czekac cierpliwie. Nikt mi nic nie mowi, ze powinnam rozmawiac rowniez z South African Airways.



16 marca widze wiadomosci na stronie gubernatoratu Sw. Heleny, ze wyspa podejmuje kroki ograniczajace wjazd. Ze bedzie 14-dniowa kwarantanna. 17 marca, ze wyspa zamyka sie na turystow.

Natychmiast pisze i dzwonie do Airlinka. Na stronie SAA moj lot nadal wisi jako "potwierdzony" i zadne zmiany w mojej rezerwacji nie sa widoczne. No kurzasz twarz, co sie dzieje.

Odpisuja, ze mam sie nie martwic, ze przebukuja mnie na lot na koniec roku.
Ja na to, ze moja rezerwacja nadal wisi niezmieniona a lot juz za 4 dni. Odpisuja, ze mam sie nie martwic, ze sie tym zajma. Nikt mi nie radzi, ze mam sie skontaktowac z South African Airways.

21 marca rano widze, ze moj lot nadal potwierdzony,  moja rezerwacja nadal wisi. Robie zrzut ekranu. Samolot wystartowal i polecial wedlug rozkladu.
21 marca, po tym jak samolot odlecial dzwonia do mnie, i chca mnie przebukowac, podaja nowe daty na koniec roku. Mowia, ze musze doplacic za zmiane trasy, bo powrot bedzie do Kapsztadu. No przeciez juz zesmy to przerabiali! Co oni! Sami nie wiedza co robia???

Wysylaja nowa rezerwacje oraz dane do przelewu. Pytam sie jak zaplacic karta, mowia mi, jakoby ze wzgledow bezpieczenstwa nie biora kart przez telefon.

Mowia, zeby zaplacic przed godzina 10:00 rano 24 marca, bo inaczej nie beda mogli trzymac mojej rezerwacji. Nie wyjasniaja dlaczego.

U nas sobota wieczor, gdzie ja ci znajde kogos z RPA kto moze mi ten przelew zrobic w poniedzialek? Na Facebook'u! Zyczliwa Polka w RPA pomogla, przelew zrobila. Wysylam w poniedzialek wszystkie potwierdzenia do Airlinka.

Cisza.

We wtorek, 24 marca - cisza.

Sprawdzam status nowej rezerwacji na ich stronie - nie ma.
Dzwonie do nich. Nie odbieraja.

25 marca bum!
Czytam na stronie Airlinka, ze od dzis nie akceptuja juz biletow z numerami lotow wydanych przez South African Airways. Ze prosze sie skontaktowac z SAA odnosnie zwrotu pieniedzy.
Dzwonie do Airlinka, nikt nie odbiera. Pisze histerycznego maila. Zero odzewu.
Dzwonie do SAA. Jakims cudem udalo mi sie polaczyc. Wyjasniam sytuacje. Pani z SAA sie ze mnie smieje. Zadnego zwrotu nie bedzie. Zadnego vouchera nie bedzie. Powinnam byla sie z nimi skontaktowac PRZED dniem podrozy. Wedlug ich systemu bylam no-show i nic mi nie przysluguje.

Wedlug umowy, ktora obowiazywala z Airlinkiem, SAA trzymalo kase za bilety do czasu az lot sie odbyl, potem automatycznie przelewalo na konto Airlinka. Airlink dostal moja oplate za bilet i mam to zalatwiac z Airlinkiem. SAA nic do tego. Wedlug nich, wywiazali sie ze swojego obowiazku.

25 marca przychodzi email od Airlinka, ze im bardzo przykro, ale przebukowania nie bedzie. Ze mam sie zwrocic do South African Airways o zwrot pieniedzy. Ze Airlink zwroci dodatkowe oplaty (ktore wplynely na ich konto 23 marca), jesli przedstawie dokumenty wydane przez bank, ze jestem posiadaczka konta, a dokumenty maja byc swiezsze niz 3 miesiace.

A to wszystko w przeddzien ogolnokrajowego lockdown w RPA.

Dobrze wiedzieli, ze posiadaczka konta nie jestem, bo jestem w Japonii, a konto bylo znajomej z Facebook'a.

Nie wiedzieli, ze ja juz w miedzyczasie rozmawialam z SAA i ze wiem, ze Airlink po prostu klamie.

Wypunktowalam przebieg wydarzen i wyslalam wiadomosc do Airlinka, ze niestety mowia mi nieprawde. Rozmowe z SAA mam nagrana, i prosze bardzo, moge im ja wyslac do wgladu.

Od tego czasu - cisza.

Wczoraj wyslalam jeszcze jednego maila i natychmiast dostalam automatyczna wiadomosc, ze moj email nie moze zostac dostarczony, bo lamie jeden lub wiecej punktow regulaminu korespondencji mailowej Airlinka. Czyli, zbanowali mnie. Wszystkie maile byly grzeczne, acz stanowcze, bez wyzwisk, bez grozb, bez obelg. Oczywiscie moge tez wyslac wiadomosc z innego adresu przez VPN, ale sam fakt, ze mnie zbanowali, dobrze o nich nie swiadczy.

Dodzwonic tez sie nie moge.


Bank mowi, ze nie mam podstaw aby zrobic chargeback.

I tak so sie skonczyla moja dlugo planowana wyprawa na Wyspe Swietej Heleny.



Wiecej juz probowac nie bede.

Niech Airlink udlawi sie moja kasa. Widac bardzo jest im ona potrzebna, skoro kazdy grosz sie tak dla nich liczy. Z tego co widze w odmetach internetu, to nie ja jedna zostalam tak zalatwiona. Ze Airlink celowo czekal, az loty sie odbyly, i dopiero wtedy kontaktowal sie z pasazerami obiecujac zmiane rezerwacji. Z ktorej to obietnicy oczywiscie nigdy nie mial zamiaru sie wywiazac.

Czy Airlink przetrwa ta pandemie? Wstrzymali wszystkie loty do 20 kwietnia. Zle im nie zycze, ale nie bede specjalnie zmartwiona jesli ta linia upadnie.

Jak ta zaraza minie, to wybiore sie na Malediwy. Bede wspierac lokalne biznesy na lokalnych wyspach. Moje pieniadze sie tam przydadza. Polece Emiratami. Voucher dali mi bez problemu.



PS1. Gratulacje dla wszystkich, ktorzy dotrwali do konca!

PS2. Wszystkie zdjecia wyspy pochodza z materialow prasowych St Helena Tourism, oraz z Wikipedii.