Sunday, February 3, 2019

Nie ma truskawek

Jestem strasznie zwiedziona.
Chcialo mi sie truskawek. Odkad opuscilam Tochigi, ktore slynie z odmiany "tochiotome" i ktora to odmiane mozna bylo znalezc tam w kazdym supermarkecie, bardzo tesknie za dobrymi truskawkami.
Poszlam do supermarketu tutaj, a tam zero truskawek. Sa jablka i pomarancze, ale truskawki zniknely.
Bylo za to pelno truskawkowych slodyczy.


Zima w Japonii to pora truskawkowa. Oczywiscie hodowane sa one w szklarniach pod folia, i nie wytlumaczysz Japonczykom, ze istnieja miejsca na swiecie, gdzie truskawki rosna sobie naturalnie pod golym niebem. To dla nich nie do pomyslenia. A to dlatego, ze w Japonii czas truskawek zaczyna sie w listopadzie i osiaga swoje apogeum w grudniu. Powod tego jest prosty. Ciasto na swieta ma byc przyozdobione truskawkami. Swieta bez strawberry shortcake to nie swieta.


W Tochigi pora truskawkowa byla kontynuowana az do oporu. Truskawki byly do nabycia nawet i pod koniec maja. Na wsi w mojej nowej prefekturze juz powoli znikaja z polek. A "tochiotome" pojawilo sie na chwile w grudniu i juz tego rodzaju truskawek wiecej nie widzialam. Zniknal i tyle.


Przed Japonia nigdy truskawek nie lubilam. Choc inni twierdzili, ze slodkie, dla mnie zawsze byly za kwasne. Nawet juz w Tochigi nie bardzo mialam ochoty truskawek probowac. Ale jak juz sprobowalam, to zostalam wierna fanka "tochiotome". Japonskie truskawki bardziej przypominaja przerosniete poziomki niz typowe truskawki, ktore sa hodowane w Europie. Wygladaja bardziej poziomkowo (sa bardzo "blade" w srodku), smakuja bardziej poziomkowo i wedlug mnie, choc sa soczyste, to nie ciekna sokiem w ten sam sposob co europejskie odmiany.


W Japonii, Tochigi jest natychmiast kojarzone z "tochiotome". Ta odmiana truskawek zostala wyhodowana w 1994 roku, ale niestety nikt nie wpadl na pomysl, aby ja opatentowac. Stad tez istnieja rowniez inne odmiany truskawek, ktore pochodza od "tochiotome", ale nazywaja sie inaczej.


Slynne poludniowo-koreanskie truskawki, ktore doprowadzily do kontrowersji podczas zimowej olimpiady, maja "tochiotome" w swym rodowodzie. Jak i truskawki z miasta Qingdao w Chinach.

Truskawki w Tochigi to ogromny interes, i jesli ktos nie wierzy, ze dla Japonczykow Tochigi rowna sie truskawki, to z pomoca przychodzi Strawberry Research Center. Jedyny osrodek w Japonii dedykowany w 100% hodowli coraz to lepszych odmian truskawek.


Pracuja tam naukowcy (tak, tacy z doktoratami), ktorzy specjalizuja sie w truskawkach.

I teraz dla porownania, moja nowa prefektura slynie z zielonej cebuli. Nic tylko sie poplakac.
A udaja, ze truskawki tez maja.



Japonskich zim nie znosze.*) Do tej pory truskawki byly dla mnie jedyna osloda tych lodowatych miesiecy, kiedy temperatura wewnatrz domu spada do 6 stopni C.
A teraz? Teraz nawet truskawek nie mam.

Musze sie zadowolic slodyczami.


Sek w tym, ze ja ostatnio ogolnie za slodyczami nie przepadam. Na starosc smaki mi sie zmienily. Moglabym jesc ogorki kiszone kazdego dnia, i kapuste kiszona trzy razy dziennie.

A tu, zamiast kapusty kiszonej, mam takie widoki.


I takie:



I takie:


Te powyzej, to niby z zawartoscia alkoholu. Nie kupilam.


Kit katow tez nie kupilan, bo po prostu nie lubie. Jest tylko jeden wariant z zurawina, ktory przypadl mi do gustu.


Jestem wielka fanka MeltyKiss (ale nie tych z zielona herbata, bo smakuja jak trawa w czekoladzie). Wole te truskawkowe, jesli juz mam jesc jakies slodycze. Niestety, MeltyKiss rowniez wkrotce znikna z polek. To slodycze tylko i wylacznie zimowe, bo latem by sie po prostu roztopily.

Na lez otarcie wybiore sie dzis wieczorem do pobliskiego Aeon Mall (tylko 8 kilometrow od domu), bo tam jest stoisko sklepu specjalizujacego sie w daifuku. Daifuku - rodzaj tradycyjnych japonskich slodyczy.
Kupie sobie takie cos.



I zezre sama. Jak widac, czesto tam bywam.



A dupsko jak rosnie tak rosnie.

P.S.

Sa tez oczywiscie i truskawkowe napoje.


Ten powyzej byl do nabycia tylko w niektorych konbini (chyba w 7-11 i Lawson).



No i oczywscie Starbucks mial swoje truskawkowe momenty. W tej chwili oferuja cos truskawkowego z okazji Walentynek. Ja sprobowalam tego tutaj sezonowego potworka w listopadzie.


Tyle, ze z mlekiem sojowym i szotem espresso. Inaczej bylby nie do przelkniecia.


Z jakiegos dziwnego powodu Starbucks Japan jest przekonany, ze Japonczycy nie lubia kawy, i dlatego tez kazde sezonowe frappuccino tutaj, to nie "blended coffee", a "blended cream." A tymczasem, za kazdym razem jak nowy sezonowy produkt sie pojawia, to wrecz mozna uslyszec rozczarowane glosy przy kasie, ze "znowu blended cream... dlaczego nie kawa?"

I za kazdym razem delikwent prosi o dodanie szota espresso do kremowego frappuccino. Oczywiscie taki shot kosztuje ekstra. Wiec caly ten schemat istnieje tylko po to, aby wydebic jak najwiecej jenow od klienta.
No coz, niby nikt mnie do chodzenia do Starbucksa nie zmusza...



*) tak, tak, pracuje gorliwie, zeby sie japonskich zim na jakis czas pozbyc. Prosze trzymac kciuki. Byc moze sie uda. 

Friday, February 1, 2019

Szturmowcy w Dubaju

Pod koniec grudnia sytuacja rodzinna wymagala mojej obecnosci w Indiach i w Bangladeszu. Doleciec z Japonii do Indii jest latwo. Jest nawet bezposredni lot z Tokio do Delhi.

Doleciec z Japonii do Indii za rozsadna cene, szczegolnie jesli nie jedzie sie do Delhi, juz tak latwo niestety nie jest.


Najtaniej wyszlo Emiratami, czyli przed Dubaj. Ja akurat Dubaj kocham, wiec nie narzekalam. Tym razem to miala byc szybka przesiadka w Dubaju i fruuuu do Kalkuty. Niestety, jesli bukuje sie najtanszy lot, to zawsze jest ryzyko, ze bedzie sie pierwszym na odstrzal w razie overbooking. I tak tez sie stalo w moim przypadku. Zamieszanie bylo ogromne, bo linia chciala zmienic moj lot na nastepny dzien. Ja, zas, absolutnie pozytywnie i bezwzglednie musialam byc w Dubaju nie pozniej niz 30 grudnia.


Emirates w koncu to zrozumialy i tak to oto zamiast z lotniska Haneda lecialam z Narity kilka godzin wczesniej. W zwiazku z tym dolecialam do Dubaju kilka godzin wczesniej. I w zwiazku z tym z mojego poprzednio krotkiego polaczenia zrobila sie nagle przesiadka niemal 9-godzinna.


Ja sie akurat z tego faktu bardzo ucieszylam. I to wcale nie z powodu darmowego hotelu z racji Dubai Connect. Ten hotel to syf niesamowity i zazwyczaj omijam go szerokim lukiem, nawet jesli Dubai Connect mi przysluguje. Wole zaplacic sama i zatrzymac sie w mniej syfiastym miejscu.

Tym razem jednak nie wydziwialam, bo z budzetem bylo cienko. W hotelu tylko wzielam prysznic, zdrzemnelam sie przez godzine i wskoczylam na darmowe sniadanie do hotelowego bufetu. Zgnilizna straszna. Niczego nie ruszylam, bo sie po prostu balam. Na szczescie maszyna z napojami miala Coke Zero (co za mila niespodzianka!), wiec przynajmniej moglam sie czegos napic. Tak, jestem nalogowcem, przyznaje sie bez bicia.
I po "sniadaniu" natychmiast ruszylam do stacji metra.



I tak, hipokryzja u mnie az skrzeczy.
Pomimo ze budzet byl malutki, to jechalam metrem pierwsza klasa. Dlaczego? Dlatego, ze lubie siedziec sobie w spokoju, szczegolnie jak tluke sie z 7-kilogramowym bagazem. Hardcorowe budzetowe podroze nigdy nie byly moja mocna strona.

Jak widac "gold class" byla pusciutka. Po wyjezdzie z tunelu moglam spokojnie podziwiac widoki. Dubai Frame (ta ohydna rama) fascynuje mnie w ten sam sposob co niektorych ludzi wypadki samochodowe. Ale w przeciwienstwie do tych ludzi, ktorzy celowo robia zdjecia wypadkom, ja fotek Ramie nie strzelalam. Moze nastepnym razem.

Tym razem koniecznie chcialam byc w Dubai Mall zaraz w godzinie otwarcia.

A dlaczego?

A to dlatego.



Wystawa Star Wars prezentujaca sily Imperium. 30 grudnia byl jej ostatni dzien. Nie moglam byc w tym dniu w Dubaju i tej wystawy nie odwiedzic.

Co wspolnego maja gwiezdno-wojenni szturmowcy z pora swiateczna nie wiem. I choc sie nad tym zastanawialam, to jednoznaczna odpowiedz nadal nie jest mi znana. Ale za bardzo sie tym nie przejmowalam.


Wazne, ze szturmowcy byli, i ze ja tez moglam tam byc.

Spacer od stacji Burj Khalifa do Dubai Mall normalnie to pestka. Ale jesli taszczy sie 7 kilo w dosyc nieporecznej torbie, to spacer ten zmienia sie w brutalny trekking. Co przy okazji pokazalo jak bardzo wyszlam z kondycji. Musze zaczac cwiczyc. Albo przynajmniej chodzic. Niestety, tu u mnie chodzic nie ma gdzie, wszedzie jezdzimy samochodami. A pracuje siedzac na tylku. Bardzo niezdrowo. Trzeba bedzie cos z tym zrobic.


Kiedy juz sie dotaszczylam do wejscia do malla, jedyne o czym marzylam to frappuccino. Na szczescie na frappuccino zabraklo czasu. Moje dupsko powinno mi podziekowac tej przymusowej prawie-samokontroli.


Ja sie nie wstydze, malle wszelakiego typu uwielbiam. Moglabym w nich spedzic cale zycie. W lecie jest w nich chlodno, zima - cieplo, wszystko jest na miejscu, zawsze jakies nowe sklepy czy inne atrakcje sie otwieraja. Jak nie lubi sie sklepow, to mozna sobie usiasc i ludzi ogladac. A to samo w sobie potrafi byc bardzo fascynujace.


Dubai Mall nadal byl odstawiony swiatecznie, tlumow jeszcze nie bylo i strasznie zalowalam, ze nie mialam wiecej czasu do dyspozycji.

No ale, przeciez nie bylam tam na zakupach. Otrzasnelam sie, wrocilam do rzeczywistosci i zaczelam szukac imperialnej armii. Na moje szczescie, byla ona tylko minute od wejscia. Dluzszego trekkingu juz bym nie wytrzymala.


Witajcie towarzysze!!! Zdazylam!!!


Szef oczywscie tez byl, a jakze!


Poprosilam ochroniarzy, zeby strzelili mi kilka fotek, bo kijek do selfie nie ogarnial ladnie. Bardzo ochoczo wywiazywali sie z zadania.


Jeden z nich tez chcial garnek na glowe zalozyc, grzecznie poprosil, a jak umundurowana ochrona prosi, to lepiej nie dyskutowac. Pozwolilam i sam sobie zdjecia pstrykal. Pewnie teraz jest gwiazda instagramu wsrod znajomych.

Ale czas plynal, a ja musialam sie powoli zbierac i wracac na lotnisko.



Moze nastepnym razem bede mialam wiecej czasu na szwendanie sie po sklepach. I po Starbucksach oczywiscie tez.


Oczywiscie oprocz szturmowcow, byly tez i inne zjawiska.


Pamietajac jak ciezka byla moja torba podczas spaceru DO malla, mialam ochote wziac taksowke z powrotem na lotnisko. Ale uparlam sie, ze skoro dalam rade w jedna strone, to dam rade i w druga.

Moj wysilek zostal nagrodzony. Kiedy dotarlam na lotnisko, okazalo sie, ze czekal na mnie upgrade do klasy biznes.


Do Kalkuty wiec polecialam jak prawdziwa burzujka.

Thursday, January 31, 2019

Co robilam w miedzyczasie

Oprocz przystosowywania sie do zycia w japonskim trzecim swiecie, spedzilam tez ponad miesiac w Polsce. Bylo to interesujace doswiadczenie.


Cztery tygodnie w Krakowie i dwa w Gdansku.

Krakowem bylam bardzo rozczarowana. Tyle sie naczytalam jakie to piekne i wspaniale miasto. Oczekiwania mialam bardzo wysokie. Za wysokie, jak sie okazalo.


Krakow byl ladny, ale nie piekny. Nie mialam czasu aby zwiedzac poza miastem, a moja codzienna rutyna ograniczala sie do trasy Centrum Kongresowe ICE - Rynek, i z powrotem. Przynajmniej moglam maszerowac obok zamku dwa razy dziennie, kiedy nie padalo. Kiedy padalo jezdzilam tramwajem. A padalo bardzo czesto.


Moglam za to jesc zupe ogorkowa do woli i czasem bezy. Starbucks byl tani i o dziwo, w Polsce nie trzeba placic ekstra za zastapienie zwyklego mleka - sojowym.

W Gdansku spedzilam czas z rodzina i biegalam po urzedach. Takie zycie. Kupilam tez nowe trampki w swiezo otwartym Forum. Bo akurat mialam urodziny, a VANS bardzo lubie.
Udalo mi sie rowniez odwiedzic Westerplatte. To byl moj pierwszy raz. Nawet zafundowalam sobie rejs tam statkiem, bo akurat nie padalo.


Jak widac, odebralam tez wiekszosc zbroi szturmowca od wyrobnika, ktory mi ja drukowal w 3D. Ale zapomnial jednej czesci. Do tej pory go prosze, zeby mi ta czesc wyslal, ale tak typowo po polaczkowatemu, ignoruje moje wiadomosci. Nie polecam. Wychodzi na to, ze czesc bede musiala zamowic u kogos innego.


Zbroja jest zle zlozona przez wyrobnika, wiec choc mialam ja na sobie w Halloween, to musze ja rozebrac na czesci pierwsze i zlozyc na nowo. Ale na razie czasowo sie nie wyrabiam. Mam jednak nadzieje, ze zdaze przed 4 maja i ze moja aplikacja do wstapienia do Legionu 501 zostanie przyjeta.

Powiedzmy, ze to taki moj kryzys wieku sredniego.



A co! Wolno mi! :-)


Wednesday, January 30, 2019

Nie pisalam

Bo nie.

Wiele zmian w zyciu i byly one wazniejsze niz blogowanie.
Przeprowadzka do nowej prefektury. Przywykanie do nowego zycia. Oswajanie nowego miejsca.
Wszystko to okazalo sie trudniejsze niz oczekiwalam.
Nie bede klamac. Bylo pierunsko ciezko. Nadal jest. Ale jakos to bedzie.



Mieszkam w japonskim odpowiedniku trzeciego swiata. Po raz pierwszy widze wiele dzieciakow, ktore nie nosza do szkoly typowych japonskich tornistrow (randoseru). Kiedy zapytalam sie miejscowej babki dlaczego, ta odpowiedziala, ze randoseru sa za drogie dla rodzicow (lub babc i dziadkow, bo to najczesciej oni kupuja szkolna wyprawke do podstawowki). Wiec dzieciaki nosza ksiazki w byle jakich plecakach.

Sa tu organizacje charytatywne, ktore rozdaja uzywane randoseru rodzinom, ktorych na ten typowy tornister nie stac. Ale jest w mojej okolicy zbyt wielu chetnych. I za malo tornistrow z dotacji.

Mieszkam w miejscu, gdzie w supermarkecie kiedy emeryt zlapany jest na kradziezy bulki, policjant mu po prostu te bulke kupuje. Bo wie, ze dziadek jest glodny i na ta bulke go nie stac. I tak, to sa bulki, a nie kulki ryzowe, bo piekarnia jest zaraz przy wejsciu i latwo ze stolu cos zwinac. I nie ma na pojedynczych swiezych bulkach kodow kreskowych.

Mieszkam w miejscu, gdzie w trzypokojowej klitce gniezdza sie babcia z dziadkiem, mama z tata, i dwojka dzieci. Mieszkali poprzednio w domu dziadkow, ale doszlo do tego, ze nie mogli sobie pozwolic na jego utrzymanie. Tata pracuje dorywczo w fabryce, dorywczo, bo maszyna zastapila spawacza. Mama tyra w 7-11 na dwie zmiany, ale cieszy sie, bo to blisko domu i moze chodzic tam na piechote, wiec nie potrzebuja dwoch samochodow. Dziadek uprawia poletko warzyw, bez ktorego pewnie nie jedliby nic swiezego, bo w supermarkecie za drogo. A babcia zajmuje sie dziecmi. Pojda od kwietnia do przedszkola. Poprzednio nie bylo rodziny na to stac. Teraz ciesza sie, ze w koncu moga sobie na to pozwolic.

I taka jest ta moja nowa Japonia.




PS. UPDATE


Tak akurat w temacie i na czasie.
Dzis ten artykul w BBC, o tym jak nedza popycha Japonczykow w wieku emerytalnym do popelniania przestepstw.

Robia to, bo w wiezieniu moga zyc za darmo, kiedy nie stac ich na nawet najskromniejszy byt w "normalnym" spoleczenstwie.

Tutaj link do artykulu - Why some Japanese pensioners want to go to jail.

Thursday, May 17, 2018

Zazdrosc mnie zzera...

Obudzilam sie dzis do bardzo ciekawego maila od anonimowej czytelniczki, ktora podpisala sie jako "Kasia S." w swojej korespondencji.

Kasia S. twierdzi, ze "zazdrość Cię zżera, bo się do książki nie załapałaś."
I wedlug Kasi S. to jest powod dla ktorego ja tak "zlosliwie atakuje inne, bardziej popularne osoby z duzo wieksza wiedza i o wiekszej kulturze osobistej."
Bo podobno jest jakas polska ksiazka o azjatyckiej pielegnacji, do ktorej pewne blogerki sie "zalapaly."

Droga Kasiu S., dziekuje bardzo za czytanie bloga i za maila.

Dziekuje tez za donos o ksiazce! Jestem w szoku!!! Nikt sie mnie o opinie nie pytal!!! Polskie milosniczki azjatyckiej pielegnacji nie przezyja bez mojej "eksperckiej" wiedzy!
Jak tak mozna!!!

~~~

A teraz na serio...
Dziewczyny, ktore sie do ksiazki "zalapaly" (jak mowi Kasia S., bo ja nawet nie wiem czy to prawda, czy nie) - GRATULACJE!!! Dajcie namiary na ksiazke, to ja w Polsce kupie i przeczytam!!!

Przyznam sie, ze nie mam pojecia o czym pisze Kasia S., bo w Polsce nie mieszkam, polski rynek ksiazkowy malo mnie interesuje.

Mieszkam w Japonii. W Polsce bardzo rzadko bywam. Nadchodzaca podroz to moje drugie odwiedziny w ciagu 10 lat (i czwarte od 28 lat?). Jestem pewna, ze w tym czasie opublikowane byly setki ksiazek na rozne tematy, ktorych ja nie czytalam i raczej czytac nie bede, bo u mnie nie sa one dostepne.

image: wikipedia

Ale jak bede w Polsce w przyszlym miesiacu, to na pewno wybiore sie do ksiegarni, bo uwielbiam spedzac czas w takich sklepach.

Jesli chodzi o "osoby z duzo wieksza wiedza", to juz to chyba sobie wyjasnilysmy w czesci 1 i czesci 2 na temat bzdur w sieci.

Na temat kultury osobistej wole sie nie wypowiadac. Ja przynajmniej nie wstydze sie moich opinii i podpisuje je swoim imieniem i nazwiskiem, jesli wysylam komus maila.

A jesli chcialabym byc w ksiazce, to sama bym takowa napisala.

Raz juz to zrobilam i calkiem fajnie wyszlo.
Moze pora na powtorke z rozrywki ;-)